Ochrona dobrego imienia

Sprawy o naruszenie dóbr osobistych tradycyjnie – oglądane głównie przez pryzmat doniesień medialnych – kojarzą się ze sporami z udziałem polityków, dziennikarzy oraz rozmaitego rodzaju celebrytów.

Jest naturalne, że właśnie takie sprawy przyciągają największą uwagę – przede wszystkim ich bohaterowie po prostu budzą zainteresowanie opinii publicznej. Oprócz tego – w przypadku aktorów, czy osobowości świata mediów, ich publiczny wizerunek ma nieraz wymierną i wysoką wartość, co powoduje, że i dochodzone zadośćuczynienie lub odszkodowanie też jest wysokie. Z kolei w przypadku polityków – można czasem odnieść wrażenie, że sprawy o naruszenie dóbr osobistych są sposobem przeniesienia sporów politycznych na drogę sądową.

Wszystko to z jednej strony popularyzuje ideę ochrony dóbr osobistych, dobrego imienia i renomy, z drugiej jednak tworzy nieco fałszywy obraz, w którym „wartość” dóbr osobistych jest niejako funkcją wartości publicznego wizerunku danej osoby.

Równocześnie sprawy o naruszenie dóbr osobistych często cierpią na typową chorobę procesów „medialnych” – ważniejsza jest informacja, że został złożony pozew (lub prywatny akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie), niż merytoryczna strona całej sprawy. Wiadomość o zainicjowaniu sprawy pojawia się w momencie, gdy jest potrzebna (przykładowo w przypadku polityków – tuż przed wyborami), a często rozstrzygnięcie sprawy (które nastąpi za 2-3 lata lub później) nikogo nie będzie już interesować.

Tymczasem instrumenty ochrony prawnej szeroko pojętego dobrego imienia, renomy i dóbr osobistych, mogą okazać się użyteczne dla każdego – nie tylko dla osób znanych i medialnych.

Dokonanie naruszenia dobrego imienia bywa bardzo proste – archetypem tego typu działań jest zwykła plotka. Przykładową sugestię na temat tego, że określona osoba „źle się prowadzi”, albo że dana spółka sprzedaje klientom niepełnowartościowe produkty, można rozpowszechniać na wiele różnych sposobów:

– bardzo skuteczne (choć pracochłonne) bywa osobiste informowanie zainteresowanych i rozpowszechnianie określonej informacji pocztą pantoflową;

– znakomitym instrumentem naruszania dobrego imienia są media społecznościowe (umieszczenie wpisu zawierającego zniesławiającą wiadomość na tablicy na Facebooku daje szansę dotarcia do szerokiego grona znajomych danej osoby);

– typowym narzędziem są też fora internetowe – dzięki swojej anonimowości, powszechności, często możliwości udawania przez jednego użytkownika grupy różnych osób;

– podobną rolę mogą odgrywać też blogi;

– wreszcie do naruszeń dóbr osobistych dość często dochodzi na łamach prasy – zarówno profesjonalnej, jak i nieprofesjonalnej, tradycyjnej, jak i internetowej.

Oczywiście ta typologia daleka jest od kompletności, czy dokładności – sposoby naruszania dobrego imienia, które wymieniłem wyżej to po prostu te, z którymi najczęściej stykam się w praktyce.

Jeśli chodzi o sprawy, z którymi stykam się na co dzień, bez wątpienia dowodzą one masowości naruszeń dobrego imienia z wykorzystaniem internetu. Jest to dość naturalne – przykładowo akcja polegająca na telefonicznym kontaktowaniu się z kontrahentami określonego przedsiębiorcy i podważaniu jego wiarygodności, ma szansę się okazać dość skuteczna, jest jednak także dość czasochłonna i wymaga podjęcia określonego wysiłku.

Jej przeciwieństwem jest zmasowany atak z wykorzystaniem for internetowych. Łatwość podszywania się pod kilku użytkowników i prowadzenia akcji podważania wiarygodności przedsiębiorcy poprzez tworzenie od postaw całych poświęconych jego działalności wątków jest tak duża (nieraz na wielu różnych portalach, przy wykorzystaniu metody kopiuj-wklej), że praktycznie ten typ działania można uznać już całkowicie typowy.

Z kolei portale społecznościowe często są sceną naruszeń dóbr osobistych, stanowiących efekt eskalacji całkiem niewinnych kłótni i sporów.

Dzięki internetowi, każdy ma okazję obrazić/zniesławić każdego w ciągu kilku chwil. Potęga internetu tkwi też w tym, że jest pierwszym medium, przy pomocy którego dosłownie każdy może dotrzeć do nieoznaczonej liczby odbiorców.

Wszystko to powoduje, że skutki zniesławienia dokonanego przez internet, mogą być bardzo dotkliwe dla ofiary. W opisanym wyżej przypadku typowej akcji zniesławienia za pośrednictwem for internetowych nie chodzi koniecznie o to, żeby całkowicie podważyć wiarygodność atakowanego. Wystarczy wzbudzić u adresatów wątpliwości, które spowodują, że np. skierują się oni do innego usługodawcy.

Co więcej obrona ofiary jest dość mocno utrudniona może wdać się w polemikę, ale to czasem bywa wręcz przeciwskuteczne. Oczywiście narzędzia prawne – czy to pozew o ochronę dóbr osobistych, czy akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie, też nie gwarantują pełnej skuteczności, mogą jednak zapewnić chociażby publiczne przeprosiny. Wreszcie narzędzia prawne stanowią element czysto reperesyjny – nawet jeśli nie doprowadzą do uzyskania pełnej satysfakcji przez pokrzywdzonego, mogą ochronić go przed dalszymi atakami ze strony tego samego sprawcy, który stwierdzi, że nie warto ryzykować kolejnej porażki (szczególnie, że często działania takich osób są powodowane jedynie czystą złośliwością).

Oczywiście nie wszystkie szkody da się zrekompensować w pełni, gdyż w sprawach związanych z ochroną dobrego imienia czy renomy, o wiele łatwiej jest wyrządzić szkodę, niż w jakikolwiek sposób ją zrekompensować.

Trzeba jednak pamiętać, że narzędzia prawne nie są doskonałe – w jednych sprawach uzyskanie satysfakcji jest proste, w innych jest trudne, są też takie, w których okazuje się niemożliwe – jednak co do zasady przepisy dają pokrzywdzonym i poszkodowanym narzędzia skutecznej obrony. Dlatego warto o nich pamiętać i z nich korzystać.

***

Oczywiście jak każde narzędzie prawne, tak i instrumenty ochrony dóbr osobistych i dobrego imienia, mają dwie strony. Pozwy o ochronę dóbr osobistych, czy akty oskarżenia w sprawach o zniesławienie często są nadużywane w celu tłumienia (nieraz słusznej) krytyki.

Trzeba też pamiętać, że przed tego typu nadużyciami można się bronić i chociaż (znowu) przepisy, a zwłaszcza praktyka bywają niedoskonałe, to jednak słuszna krytyka pozostaje pod ochroną i autor takiej krytyki w żadnym wypadku nie stoi w na straconej pozycji w sporze o naruszenie dóbr osobistych, czy zniesławienie.

Reklamy

I ty możesz być osobą publiczną

Pojęcie „osoby publicznej” tradycyjnie jest odnoszone do postaci życia publicznego – polityków, dziennikarzy, ewentualnie rozpoznawalnych artystów, sportowców.

Jest jednak wiele osób, które mogą faktycznie zostać osobami publicznymi bez znaczącej aktywności w tradycyjnie pojmowanym życiu publicznym. Osobą publiczną może zostać praktycznie każdy, niezależnie od swojej woli. Przykładowo za osobą publiczną można uznać, autora popularnego i poczytnego bloga. Podobnie nawet systematyczny udział w internetowych forach dyskusyjnych uzasadnia zaliczenie osoby dyskutanta do osób, które uczestniczą w życiu publicznym (a co za tym idzie za osobę publiczną).

Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy? Dla zagadnień związanych z ochroną dobrego imienia dość zasadnicze. Przede wszystkim granice dopuszczalnej krytyki kierowanej wobec takich osób, są znacznie szersze, niż w przypadku osób prywatnych. Co za tym idzie, osoba publiczna musi się godzić ze znacznie ostrzejszą krytyką pod swoim adresem niż osoba prywatna. Wypowiedzi, które w odniesieniu do osoby prywatnej należałoby uznać za naruszające jej dobra osobiste, w przypadku osoby publicznej mogą być dopuszczalne.

Różnica ta opiera się na – słusznym skądinąd założeniu – że osoba, która bierze udział w debacie publicznej, niejako zgadza się na to, aby zostać poddana ostrzejszej kontroli. Skoro bowiem zabiera głos publicznie, również publicznie może być krytykowana.

Osoby podejmujące taką działalność w sposób nieunikniony a zarazem świadomy i dobrowolny wystawiają się na kontrolę i reakcję ze strony opinii publicznej. Jednocześnie muszą wykazać większy stopień tolerancji nawet wobec brutalnych ataków skierowanych przeciwko nim. Tego wymaga prawo do otwartej i nieskrępowanej debaty. To niewątpliwie dotyczy osób zajmujących stanowiska publiczne, w szczególności polityków. Zdaniem Sądu Apelacyjnego taka podwyższona granica dotyczy także osób, które prowadzą swojego rodzaju publicystykę, z udziałem przecież nie zamkniętego tylko absolutnie otwartego kręgu dyskutantów. Co więcej powód, jak każdy uczestnik publicznej dyskusji odbywającej się za pośrednictwem Internetu, już przez wygłoszenie swych poglądów, zaprezentowanie swego stanowiska, w istocie wyraża zgodę na ich ocenę przez pozostałych uczestników. To jest wpisane w samą decyzje o wzięciu udziału w debacie publicznej. Przystępując do takiej dyskusji można z całą pewnością przewidzieć, że przynajmniej część tych wypowiedzi będzie negatywna, niepochlebna, krytyczna.

Zaprezentowany pogląd należy uznać za generalnie słuszny. Niemniej trzeba zwrócić uwagę, że – w przypadku aktywności internetowej – pojęcie „osoba publiczna” ma charakter nieostry.  W przypadku tradycyjnych mediów, określenie kto jest, a kto nie jest osobą publiczną, z reguły nie przedstawia większych trudności – polityk, dziennikarz, znaczący przedsiębiorca, aktor. A w internecie moment, w którym aktywny bloger, czy bywalec for staje się osobą publiczną, jest trudniejszy do określenia – co więcej sam zainteresowany może nie zdawać sobie z tego sprawy. Co więcej bardzo często nie będzie on świadomy tego, że staje się osobą publiczną i tego, że jest to konsekwencją wzięcia udziału w debacie publicznej.

Warto więc, w przypadku sporów toczonych przez internet i zastanawiania się nad sięgnięciem po środki prawne przeciw osobom naruszającym nasze dobre imię, rozważyć wcześniej, czy przypadkiem, przez swoją aktywność nie staliśmy się osobami publicznymi. A jeśli tak – to jak bardzo wpływa to na naszą sytuację w potencjalnym sporze, bo osobę publiczną obowiązują zupełnie inne standardy – zarówno w zakresie tego, co wypowiada, jak i krytyki kierowanej pod jej adresem.

Wszystkie cytaty pochodzą z tez i uzasadnienia wyroku Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z dnia 17 listopada 2009 roku (I ACa 949/09), do którego skądinąd bez wątpienia nie raz będę jeszcze wracać, ponieważ zawiera on wiele ciekawych spostrzeżeń i poglądów dotyczących prawnych aspektów funkcjonowania jednostki w internecie.

Podobnie z pewnością będę wracać jeszcze do problemu tego, kto może być „osobą publiczną” i to nie tylko w kontekście ochrony dobrego imienia. Powyższe rozważania odnoszą się przede wszystkim do problemu „osoby publicznej” w odniesieniu do ochrony dóbr osobistych i niekoniecznie przekładają się na inne konstrukcje prawne posługujące się zbliżonymi pojęciami (np. „osoby powszechnie znanej” w rozumieniu przepisów o ochronie wizerunku).

Zniesławienie – skarga na policję

Podstawową formą wszczęcia postępowania prywatnoskargowego jest złożenie prywatnego aktu oskarżenia. Innym sposobem zainicjowania takiego postępowania jest złożenie skargi na policji.

1) Skarga jest z założenia mniej sformalizowana niż akt oskarżenia. Można ją złożyć pisemnie, albo ustnie;

2) Policja w razie potrzeby zabezpiecza dowody po czym

3) przekazuje skargę sądowi.

Kluczową – z punktu widzenia praktycznego – czynnością, jest tu „zabezpieczenie dowodów”. Może ono przykładowo polegać na:

  • przesłuchaniu świadka, który jest chory, albo wybiera się na bardzo długi okres za granicę (przez co może być bardzo trudne lub niemożliwe przesłuchanie go w trakcie postępowania sądowego);
  • ustaleniu tożsamości świadków;
  • zabezpieczenie przedmiotów, które służyły do popełnienia przestępstwa (np. komputera, który posłużył do umieszczenia w internecie zniesławiającej treści).

Dodatkowo policja może też podjąć działania zmierzające ustalenie tożsamości osoby oskarżonej1albo jej adresu. Co prawda budzi pewne wątpliwości w orzecznictwie sądów2 i poglądach doktryny prawa, czy „ustalenie tożsamości oskarżonego” mieści się w ramach „zabezpieczenia dowodów”, w praktyce jednak policja – pomimo tych doktrynalnych zastrzeżeń – często dokonuje odpowiednich ustaleń. Gdyby było inaczej, niemal wszyscy sprawcy anonimowych zniesławień byliby całkowicie bezkarni.

Biorąc to pod uwagę, skargę na policję opłaca się składać przede wszystkim wówczas, gdy nie posiadamy pełnych informacji na temat osoby podejrzanej, albo potencjalnych świadków, jak również wtedy, gdy obawiamy się, że jakiś dowód (przykładowo przesłuchanie świadka) nie będzie możliwy do przeprowadzenia na etapie postępowania sądowego.

Policja nie ocenia, czy skarga jest zasadna, a jedynie przekazuje materiały do sądu (ewentualnie po dokonaniu wcześniej innych czynności).

1 gdy zniesławienie zostało dokonane anonimowo – w praktyce często może być to jedyna metoda ustalenia tożsamości naruszyciela (inna sprawa, że w praktyce skuteczność takich działań bywa różna).

2 wątpliwości wyrażone np. w uzasadnieniu wyroku Sądu Najwyższego z dnia 1 marca 2013 roku III KK 218/12.

Zniesławienie – prywatny akt oskarżenia

Zniesławienie jest przestępstwem ściganym z oskarżenia prywatnego. Oznacza to, że (co do zasady1) pokrzywdzony, jeśli chce, aby sprawca tego przestępstwa został ukarany, musi sam podjąć inicjatywę procesową.

Podstawową formą wszczęcia postępowania dotyczącego przestępstwa zniesławienia jest złożenie prywatnego aktu oskarżenia. Mimo bardzo poważnie brzmiącej nazwy jest to dokument, który powinien spełnić jedynie kilka podstawowych wymogów formalnych.

1) Prywatny akt oskarżenia może wnieść każdy – nie ma obowiązku, aby sporządził go adwokat (czy radca prawny).

2) Prywatny akt oskarżenia musi zawierać trzy podstawowe elementy:

3) Konieczne jest też uiszczenie „zryczałtowanej równowartości wydatków”  (obecnie wynosi ona 300 złotych) – przy czym można zostać zwolnionym od ponoszenia tych kosztów.

Nie jest za to konieczne podanie prawnej kwalifikacji czynu (wystarczy sam opis zachowania oskarżonego).

Może być też wątpliwość, czy w skład „oznaczenia oskarżonego” wchodzi jego adres. W mojej ocenie nie, co wynika z bardziej liberalnego określenia wymogów stawianych prywatnemu aktowi oskarżenia wobec zwykłego aktu oskarżenia2. Niemniej, w przypadku dysponowania niewielką ilością informacji na tema sprawcy zniesławienia – lepiej posłużyć się mniej formalną instytucją skargi na policję.

Oprócz tego, prywatny akt oskarżenia powinien spełniać ogólne wymogi stawiane pismom procesowym składanym w postępowaniu karnym3.

1 Jak zawsze są tu wyjątki, o których więcej w kolejnych wpisach.

Za taką wykładnia przemawia też Postanowienie Sądu Najwyższego z dnia 17 kwietnia 1997 r. I KZP 4/97, wydane co prawda na gruncie poprzedniego k.p.k., jednak w tym zakresie w mojej ocenie nadal aktualne.

Czyli zawierać:

1) oznaczenie organu, do którego jest skierowane, oraz sprawy, której dotyczy,

2)  oznaczenie oraz adres wnoszącego pismo,

3)  treść wniosku lub oświadczenia, w miarę potrzeby z uzasadnieniem,

4) datę i podpis składającego pismo.

 

Problemy z ustaleniem tożsamości w internecie (wyrok NSA I OSK 1666/12)

W Centralnej Bazie Orzeczeń Sądów Administracyjnych zostało opublikowane uzasadnienie wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 21 sierpnia 2013 roku (sygn. akt I OSK 1666/12), o którym jakiś czas temu informowała Rzeczpospolita.

W mojej ocenie wyrok – chociaż zawiera sporo ważnych uwag odnoszących się do kwestii ochrony dobrego imienia, w żadnym wypadku nie jest tak rewolucyjny, jak sugerował zacytowany artykuł.

Przede wszystkim wyrok ma dość miękką wymowę – duży nacisk został położony jednak na ochronę interesów osób, których dane dotyczą, nie na darmo w tej konkretnej sprawie NSA oddalił skargę kasacyjną i uznał, że nie było usprawiedliwionych przesłanek do ujawnienia danych osobowych.

Ważniejsza jest jednak druga kwestia – wyrok de facto dotyczy jedynie adresu IP. Sam adres IP w znakomitej większości wypadków nie będzie wystarczający do ustalenia tożsamości autora konkretnego wpisu. Drugim elementem jest ustalenie, do kogo konkretnie jest ten numer IP przypisany (co zresztą też nie zawsze jest wystarczające dla ustalenia tożsamości autora wpisu, ale to już zupełnie inny temat) – a ustalenie w tym zakresie póki co w dalszym ciągu jest możliwe jedynie po uchyleniu tajemnicy telekomunikacyjnej (co może zostać uczynione jedynie przez prokuratora lub sąd w sprawie karnej).

Nie tylko erotoman i złodziej, czyli co może mieć z tego Twoja firma

Problem zniesławienia (i szerzej – naruszenia dobrego imienia) dotyczy w znacznym stopniu przedsiębiorców. Nie znam żadnych statystyk dotyczących tej kwestii, jednak z mojego doświadczenia wynika, że przedsiębiorcy są ofiarami wypowiedzi naruszających dobre imię o wiele częściej niż osoby prywatne.

Trzeba pamiętać, że internet stworzył potężną sieć kontaktów umożliwiającą komunikowanie się niezadowolonych konsumentów, pracowników, kontrahentów. I wśród licznych wypowiedzi, które mają uzasadnienie, są też przecież takie, które zniesławiają lub naruszają dobra osobiste.

Renoma prowadzonej działalności gospodarczej może zostać naruszona na wiele sposobów. Najczęstsze przypadki, z jakimi miałem do czynienia to zarzuty dotyczące:

naruszania praw pracowniczych;

– złej jakości świadczonych usług;

– niskiej jakości sprzedawanych produktów;

złej obsługi klienta; 

– naruszania praw konsumentów;

– opóźnień w płatnościach względem kontrahentów;

– niewywiązywania się ze zobowiązań publicznoprawnych;

– niewykonywania prawomocnych orzeczeń sądowych.

Oczywiście to najbardziej typowe przypadki, pojawiają się też inne – np. zarzuty dotyczące naruszania przepisów  z zakresu ochrony środowiska.

Przedsiębiorca może korzystać z szerokiego zakresu środków prawnych pozwalających na ochronę renomy prowadzonej działalności gospodarczej:

1) przepisów prawa cywilnego dotyczących ochrony dóbr osobistych;

2) środków przewidzianych przez prawo karne – przede wszystkim możliwości wystąpienia z aktem oskarżenia w sprawie o zniesławienie;

3) przepisów ustawy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

Oczywiście nie zawsze sięganie po te środki będzie mieć sens. Niektóre opinie lepiej zignorować, niż strzelać z armaty do wróbla. Wiele, nawet niesłusznych, opinii nie wynika ze złej woli osób, które je wyrażają, ale z ich rozgoryczenia rozczarowania – o wiele lepsze od walki z takimi osobami, jest wsłuchanie się w ich głos i zmiana tego, co jest złe.

Niemniej trzeba pamiętać, że renoma przedsiębiorcy jest dla niego bardzo ważnym (często najważniejszym) dobrem i są tacy, którzy są gotowi w nie uderzyć ze złymi zamiarami i złą wolę. I na wypadek takich właśnie sytuacji warto mieć w zanadrzu świadomość przysługujących nam środków prawnych.

Odpowiedzialność za komentarze – uwagi na marginesie wyroku w sprawie Delfi AS

Niedawny wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wydany w sprawie spółki Delfi AS przeciwko Estonii o sygn. 64569/09 dotyczy bardzo ważnej kwestii odpowiedzialności administratora portalu internetowego za treść umieszczanych na tym portalu komentarzy.

Kwestia ta stanowi wycinek szerszego problemu odpowiedzialności podmiotów świadczących usługi z wykorzystaniem internetu za wszelkiego rodzaju treści (content) umieszczane przez użytkowników na stronie internetowej administrowanej przez dany podmiot. Komentarze umieszczane na forach czy pod artykułami stanowią jeden z przykładów takich treści, innym mogą być np. zdjęcia umieszczane na portalach społecznościowych czy portalach takich jak flickr.com.

Stan prawny 

Odpowiedzialność podmiotów prowadzących portale internetowe, w których użytkownicy mogą umieszczać swoje treści, za te treści, określona została w prawie polskim w art. 14 ustawy z dnia 18 lipca 2002 roku o świadczeniu usług drogą elektroniczną (regulującym odpowiedzialność tzw. hosting providera):

Art. 14. 1. Nie ponosi odpowiedzialności za przechowywane dane ten, kto udostępniając zasoby systemu teleinformatycznego w celu przechowywania danych przez usługobiorcę nie wie o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności, a w razie otrzymania urzędowego zawiadomienia lub uzyskania wiarygodnej wiadomości o bezprawnym charakterze danych lub związanej z nimi działalności niezwłocznie uniemożliwi dostęp do tych danych.

Warunkiem wyłączenia odpowiedzialności usługodawcy jest uniemożliwianie dostępu do takich treści, w sytuacji, gdy:

– otrzyma urzędowe zawiadomienie o bezprawnym charakterze przechowywanych danych (art. 14 ust. 2);

– uzyska wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze przechowywanych danych (art. 14 ust. 3).

Regulację uzupełnia art. 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną, który wyraźnie zwalnia podmiot świadczący usługi z obowiązku badania treści umieszczanych przez użytkowników.

Przepisy te stanowią wdrożenie do polskiego porządku prawnego art. 14 i 15 dyrektywy 2000/31/WE Parlamentu Europejskiego i Rady z dnia 8 czerwca 2000 roku w sprawie niektórych aspektów prawnych usług społeczeństwa informacyjnego, w szczególności handlu elektronicznego w ramach rynku wewnętrznego (dyrektywa o handlu elektronicznym).

Uzasadnienie wyłączenia odpowiedzialności hosting providera 

Art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i określone w nim wyłączenie odpowiedzialności budzi kontrowersje.

Z jednej strony – co do samej zasady – nie ulega dla mnie wątpliwości, że jakiegoś rodzaju ograniczenie/wyłączenie odpowiedzialności takiego podmiotu jest słuszne. Internet w dużej części jest „społecznościowy”, wytwarzanie treści ma charakter zdecentralizowany, wiele portali zawierających istotne treści współtworzonych jest przez użytkowników. Wszystkie podmioty działające na takiej zasadzie – ogólne i wyspecjalizowane fora internetowe; portale społecznościowe; portale z artykułami umieszczanymi przez użytkowników; portale z fotografiami umieszczanymi przez użytkowników – korzystają z dobrodziejstwa art. 14 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Większość z tych portali nie byłaby też w stanie funkcjonować, gdyby ponosiła odpowiedzialność za umieszczane przez użytkowników treści. Po pierwsze wymagałoby to zatrudnienia wielu dodatkowych pracowników, których jedynym celem byłoby przeglądanie umieszczanych przez użytkowników treści, co najczęściej prowadziłoby do zwyczajnej nieopłacalności wielu tego typu przedsięwzięć (szczególnie tych o charakterze niekomercyjnym). Po drugie – nawet wdrożenie takiego systemu kontroli, też by nie stanowiło remedium, ponieważ ocena bezprawności treści np. komentarza bardzo często jest niemożliwa bez znajomości jego kontekstu.

(Oczywiście prawdopodobnie w wielu przypadkach możliwe byłoby zwolnienie się administratora portalu od odpowiedzialności na zasadach ogólnych, jednak dodatkowe ryzyko prowadzenia licznych procesów, w ogromnej większości przypadków prowadziłoby do zaniechania działania portali opierających się na treściach dostarczanych przez użytkowników).

Naturalnie jest też druga strona – poszkodowani przez bezprawne treści (najczęściej naruszające dobra osobiste lub prawa autorskie) mogą kierować swoje roszczenia przede wszystkim wobec autorów tych treści (np. komentarzy). Droga ochrony swoich praw w takich przypadkach jest bardzo niedoskonała – często problemem jest ustalenie tożsamości autora konkretnego komentarza, nieraz dodatkowo sytuację utrudnia bardzo liczna grupa naruszycieli (szczególnie w przypadku tematów modnych czy medialnych, komentarze naruszające dobra osobiste mogą być dodawane przez setki, czy tysiące osób). W praktyce trudności i koszty z dochodzeniem roszczeń mogą być na tyle duże – że niektórzy poszkodowani rezygnują z dochodzenia swoich praw. Tymczasem administratorzy portali (szczególnie prasowych) korzystają i czerpią korzyści z zainteresowania, jakie wzbudza kontrowersyjny temat – w konsekwencji może występować sytuacja, w której naruszenia prawa dokonywane przez użytkowników będą ściśle powiązane z interesem ekonomicznym administratora (zwiększonym zainteresowaniem kontrowersyjnymi artykułami oraz kontrowersyjnymi dyskusjami pod artykułem).

Wyrok ETPCz 64569/09 

Powołany wyrok Europejskiego Trybunału Praw Człowieka wydany w sprawie Delfi AS z jednej strony ściśle wiąże z problematyką odpowiedzialności hosting providera, z drugiej – dotyczy w zasadzie jedynie wycinka całej problematyki.

Zgodnie z komunikatem prasowym przedmiotem wyroku była ocena, czy przyjęcie odpowiedzialności spółki Delfi AS za komentarze umieszczane przez internautów pod artykułami zawartymi na portalu internetowym Delfi AS, nie naruszyło art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, dotyczącego wolności wyrażania opinii.

W pierwszym rzędzie sprawa nie dotyczyła więc konstrukcyjnych zasad wyłączenia odpowiedzialności hosting providera, a problematyki wolności wypowiedzi – a konkretnie prasy. W tym aspekcie wyrok nie ma bardziej ogólnego charakteru. Podstawowe zasady wyłączenia odpowiedzialności hosting providera mają bowiem podstawę czysto pragmatyczną i wynikają ze względów praktycznych – pewne rodzaje portali internetowych nie mogłyby po prostu bez tego wyłączenia funkcjonować. Kwestie aksjologiczne (takie jak wolność słowa czy wypowiedzi), mają w przypadku tej regulacji znaczenie drugorzędne.

Z komunikatu prasowego wynika natomiast, że Trybunał rozważał także w komentowanej sprawie zagadnienia, które mogą mieć znaczenie przy ocenie odpowiedzialności hosting providerów. Zgodnie z komunikatem Trybunał uznał, że administrator publikując artykuły, pod którymi umieszczane były sporne komentarze, mógł spodziewać się – uwzględniając problematykę artykułów – tego, że takie komentarze (naruszające prawa osoby trzeciej) będą się ukazywać. Portal posiadał także automatyczny system pozwalający na usuwanie komentarzy zawierających treści wulgarne, jak również prosty mechanizm pozwalający użytkownikom informować administratora o bezprawnych treściach. Administrator nie podejmował natomiast odpowiednich działań w odpowiednim czasie, pozwalając, aby bezprawne treści były dostępne dla ogółu użytkowników internetu1.

Warto zauważyć, że w tym zakresie ustalenia wyroku bez trudu dają się pogodzić z obowiązującymi w polskim porządku prawnym zasadami odpowiedzialności hosting providera:

– z komunikatu prasowego wynika, iż w praktyce spółka Delfi AS jako administrator portalu była poinformowana o tym, że komentarze umieszczane przez użytkowników, miały charakter bezprawny;

– wyrok wskazuje też na ogólną dyrektywę, nakazującą uwzględnianie kontekstu przy ocenie odpowiedzialności hosting providera – w tym wypadku była to kontrowersyjna tematyka artykułów, pod którymi były umieszczane komentarze, pozwalająca na przewidzenie, iż artykuły te mogą inicjować dyskusje naruszające dobra osobiste podmiotów trzecich.

Co prawda ta druga dyrektywa nie może zostać wyprowadzona z brzmienia przepisów o odpowiedzialności hosting providera, nie ma jednak – w mojej ocenie – przeszkód, aby stosować ją przy ocenie szerszego kontekstu stosowania art. 14 ust. 3 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną i oceny tego, co stanowi „wiarygodną wiadomość o bezprawnym charakterze przechowywanych danych” (dyskusje na pewne tematy zwiększają prawdopodobieństwo występowania w nich treści o charakterze bezprawnym). Być może zbliżone rozwiązanie stanowiłoby też dobre uzupełnienie art. 15 ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

Podsumowując – ze względu na tematykę powołanego wyroku i specyfikę konkretnej sprawy, rozstrzygnięcie Trybunału raczej nie będzie mieć bezpośredniego znaczenia dla praktyki stosowania przepisów o odpowiedzialności hosting providera. Z drugiej strony warto o nim pamiętać w kontekście powracających dyskusji o konieczności znowelizowania tych przepisów i uszczegółowienia obowiązków hosting providera.

1 Poza tym wyrok wskazuje też na kwestie praktyczne – niewielką kwotę, do której zapłacenia została zobowiązana spółka Delfi AS wyrokiem estońskiego sądu oraz fakt, że kierowanie przez poszkodowanego roszczeń wobec Delfi AS, a nie autorów poszczególnych komentarzy, było dla poszkodowanego łatwiejsze.