Nagrywanie rozmówcy

Smiało można powiedzieć, że co najmniej od czasu afery Rywina zapanowała swego rodzaju moda na nagrywanie – rejestrowanie rozmów dało początek wielu wstrząsom w życiu publicznym, jakie nastąpiły w ostatnim piętnastoleciu.

Niewątpliwie pamiętny artykuł i burza jaką spowodował (łącznie z obszernie relacjonowanymi obradami komisji śledczej) sprawiły, że rejestrowanie prowadzonych rozmów stało się istotnym elementem zwłaszcza polityki, o tyle prawdziwą rewolucję przyniosło upowszechnienie się smartfonów. O ile wcześniej do nagrania rozmówcy potrzebne było pewne przygotowanie (choćby w postaci zaopatrzenia się w dyktafon), o tyle dzisiaj utrwalić rozmowę można przy pomocy urządzenia, które każdy nosi przy sobie.

Ma to oczywiście przełożenie także na obrót prawny, a szczególnie przebieg postępowań sądowych. Gdy istotne dla sprawy wydarzenia miały miejsce podczas spotkania bez udziału świadków, nagranie nieraz okazuje się ważnym lub wręcz kluczowym dowodem.

W takiej sytuacji ten kto nagrał dysponuje często potężną bronią; temu kto został nagrany o wiele trudniej wyprzeć się swoich słów; wreszcie – ten, kto nie nagrywał, żałuje, że tego nie zrobił.

W bardzo spornych sytuacjach standardem staje się zresztą nagrywanie obustronne.

I oczywiście jak zwykle pojawia się pytanie – czy to jest dozwolone, czy jest legalne?

Powyższy problem ma dwa aspekty:

  • po pierwsze – dopuszczalność wykonania samego nagrania i to, czy nie narusza ono praw innych osób;
  • po drugie – możliwość wykorzystania nagrania w sądzie lub w innym posępowaniu.

Dopuszczalność nagrywania

Jako punkt wyjścia warto tu przywołać pogląd wyrażony przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku w wyroku z dnia 23 czerwca 2016 roku (sygn. akt III APa 12/16):

Nagrywanie rozmówców, tym bardziej będących osobami postronnymi, bez ich wiedzy i aprobaty, stanowi proceder nieetyczny.

(Warto zaznaczyć, że nagrywanie o jakim tu mowa prawie zawsze jest dokonywane bez wiedzy rozmówcy – inaczej ten pilnowałby się, aby w rozmowie nie powiedzieć niczego, co mogłoby mu zaszkodzić).

Warto o tym pamiętać – nagrywanie czyjejś niepublicznej wypowiedzi bez jego zgody jest co najmniej naganne. Może też teoretycznie wiązać się z naruszeniem obowiązujących przepisów.

Po pierwsze – nagrywanie rozmówcy może prowadzić do naruszenia jego dóbr osobistych i odpowiedzialności na zasadzie prawa cywilnego.

Po drugie – nagrywanie może nawet stanowić przestępstwo określone w art. 267 § 3 kodeks karnego: Tej samej karze (czyli grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 – przyp. BG) podlega, kto w celu uzyskania informacji, do której nie jest uprawniony, zakłada lub posługuje się urządzeniem podsłuchowym, wizualnym albo innym urządzeniem lub oprogramowaniem.

Sąd Najwyższy w postanowieniu z dnia 27 kwietnia 2016 roku (sygn. akt III KK 265/15) uznał, iż

Wolno w związku z tym stwierdzić: Art. 267 § 3 KK zapewnia ochronę wypowiedzi uczestników rozmowy, jeżeli co najmniej w sposób dorozumiany nadały im poufny charakter, przy czym bez znaczenia są tu intencje, jakie zadecydowały o takim statusie wypowiedzi. Innymi słowy, o poufnym charakterze informacji przesądza co do zasady nie tyle treść przekazu, co raczej wola osób biorących udział w spotkaniu, a więc element subiektywny; instalowanie urządzenia służącego do rejestracji obrazu lub dźwięku w celu przechwycenia informacji o przebiegu takiej rozmowy jest siłą rzeczy niedozwolone i stanowi czyn zabroniony, którego znamiona opisane są w art. 267 § 3 KK.

W postanowieniu tym Sąd Najwyższy uznał też, że dyktafon wykorzystany do nagrania osoby, z którą prowadzi się rozmowę może być uznany za urządzenie podsłuchowe (mimo że w takiej sytuacji ciężko mówić o podsłuchu sensu stricto).

Wykorzystanie nagrania w sądzie

Ustaliliśmy już, że nagrywanie jest moralnie naganne, może też naruszać przepisy, dobra osobiste, a nawet stanowić przestępstwo.

A jednak – zarówno nagrywanie, jak i wykorzystywanie nagrań w Sądzie jest obecnie na porządku dziennym.

W orzecznictwie nie ulega bowiem wątpliwości, że wykorzystywanie tego typu nagrań (nawet jeśli stanowi delikt prawa cywilnego lub wręcz przestępstwo) w postępowaniu sądowym jest dozwolone. Dobitnie dał temu wyraz Sąd Apelacyjny w Warszawie w wyroku z dnia 15 października 2015 roku (sygn. akt I ACa 87/15), który stwierdził:

Bo też i nie ma w polskiej procedurze cywilnej żadnego przepisu, który pozbawiałby stronę możliwości przedstawienia dowodu zdobytego sprzecznie z prawem (np. nagrania sporządzonego bez wiedzy osoby nagrywanej czy dokumentu zabranego drugiej stronie bez jej zgody, albo korespondencji odczytanej z naruszeniem tajemnicy korespondencji). 

Jeszcze dalej poszczedł Sąd Apelacyjny w Gdańsku, w wyroku w sprawie III APa 12/16 (cytowanym wyżej). Otóż, oprócz uznania nagrywania za działanie nieetyczne Sąd Apelacyjny uznał, iż

 

Oczywiście brak jest podstaw do uznania, że sam fakt nagrywania prywatnej rozmowy przez osobę, która posłuży się następnie tym nagraniem w toczącym się postępowaniu administracyjnym czy sądowym, w którym będzie uczestniczyć jako strona postępowania, wyczerpuje znamiona art. 267 § 3 KK. Brak jest też przesłanek do zarzucenia działań nieetycznych dla nagrania rozmowy celem uzyskania dowodu przeciwko twierdzeniom rozmówcy, który przeczy określonym okolicznościom istotnym następnie z perspektywy toczącego się w sprawie postępowania nawet jeśli rozmowa prowokowana i prowadzona jest w takim właśnie celu.

Sąd ten dopuścił zatem nie tylko wykorzystanie nagrania prywatnej rozmowy w postępowaniu sądowym, ale nawet sprowokowanie rozmowy (która następnie zostaje nagrana) wyłącznie w celu wykorzystania w postępowaniu sądowym.

Także Sąd Najwyższy w cytowanym wyżej wyroku w sprawie III KK 265/15 jednoznacznie uznał, że chociaż nagrywanie rozmówcy może stanowić przestępstwo, to już nie ma przeciwwskazań do wykorzystania takiego nagrania jako dowodu w sądzie.

***

Z punktu widzenia osoby chcącej wykorzystać zarejestrowaną rozmowę w postępowaniu sądowym aktualne stanowisko orzecznictwa nie przynosi jednoznacznych i łatwych odpowiedzi.

Z jednej bowiem strony nie budzi raczej wątpliwości, że takie nagranie może zostać wykorzystane w postępowaniu sądowym (choć trzeba pamiętać, że linia orzecznicza potrafi z dnia na dzień zmienić się o 180 stopni i to, co jest dopuszczalne dziś, jutro może być całkowicie niekaceptowalne).

Z drugiej jednak – osoba, która to uczyni musi (przynajmniej potencjalnie) liczyć się z możliwością poniesienia z tego tytułu odpowiedzialności.

Podsumowując – w każdej sytuacji należy rozważyć korzyści, jakie nagranie może przyniesć w postępowaniu sądowym, jak również ryzyko z jakiem jego użycie i wykorzystanie może się wiązać.

Na pewno przyszłość przyniesie jeszcze niejedno orzeczenie sądów dotyczące tej kwestii i być może także przewartościowanie zasad i reguł, które dziś są uznawane za oczywiste.

Reklamy

Naruszenie dóbr osobistych w pismach procesowych

Spory sądowe zazwyczaj budzą u osób w nie zaangażowanych emocje. Zdarza się, że strona, która nie chce lub nie potrafi tych emocji pohamować, daje im upust w pismach procesowych składanych w toku postępowania. Przejawia się to w używaniu wobec drugiej strony sporu określeń uznawanych za obraźliwe, za naruszające cześć i dobre imię czy posługiwaniu się różnego rodzaju oskarżeniami. W praktyce spotykamy się z pytaniami osób, które czują się pokrzywdzone treścią pisma złożonego w toku postępowania, czy mogą żądać ochrony dóbr osobistych.

W lutym tego roku w jednej ze zbliżonych spraw zapadł wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie.1 Pomiędzy stronami od lat toczyły się postępowania cywilne, karne i administracyjne. Sprawy te dotyczyły sposobu korzystania i zarządzania przez strony nieruchomością stanowiącą ich współwłasność, jak również konfliktów osobistych, które zrodziły się między stronami na tym tle. W jednej ze spraw pozwany przedłożył pismo, w którym napisał, że powód jest „człowiekiem bezwzględnym, nikczemnym i bezczelnym”.

Sąd Okręgowy oddalił powództwo o ochronę dóbr osobistych, uznając, że działania pozwanego nie były bezprawne. Sąd zauważył, że w przypadku sporów sądowych stronom zawsze towarzyszy duże napięcie emocjonalne. Wyrażenie swoich podejrzeń w piśmie do organu ustawowo zajmującego się ściganiem przestępstw winno nastąpić we właściwej formie, nie powinno też wykraczać poza niezbędną dla określonych prawem celów rzeczową potrzebę, może jednak nosić cechy emocjonalnego zaangażowania, a samo doniesienie cechować ekspresyjne słownictwo.

Sąd Apelacyjny wprawdzie oddalił apelację powoda, ale nie zgodził się w części z uzasadnieniem Sądu I Instancji. Zdaniem Sądu Apelacyjnego użyte słowa „bezwzględny” i „bezczelny” nie zawierają w sobie negatywnego ładunku. Są to bowiem określenia, mające charakter ocenny, które wiążą się z cechami osobowości danej osoby. Nie sposób jednak uznać, że same w sobie są określeniami pejoratywnymi, a tym samym naruszającymi dobra osobiste powoda.

Natomiast słowo „nikczemny” z całą pewnością narusza dobra osobiste powoda w postaci czci i dobrego imienia. Zgodnie ze Słownikiem Języka Polskiego PWN „nikczemny” oznacza postępujący w sposób godny potępienia. Wyrażenie to ma więc wydźwięk pejoratywny, kwestionujący cześć i dobre imię osoby, tym sformułowaniem określanej. Jest to wypowiedź obraźliwa, znieważająca powoda.

Ponadto Sąd Apelacyjny zwrócił uwagę, że sam fakt zawarcia takiego stwierdzenia w piśmie skierowanym do Sądu nie wyłącza bezprawności działania pozwanego. Przy ocenie, czy rzeczowa obrona interesów w toczącym się postępowaniu uzasadnia określoną wypowiedź strony, decydujące znaczenie ma charakter sprawy, który w znacznym stopniu determinuje celowość i potrzebę danej wypowiedzi. Zdaniem Sądu tego typu wypowiedź w sprawie majątkowej (dotyczącej rozstrzygnięcia budowy nowego przyłącza gazu i nowej instalacji gazowej na nieruchomości) była całkowicie zbędna, a wręcz niedopuszczalna. Zachowania pozwanego nie usprawiedliwia zaś okoliczność, iż jest on emocjonalnie zaangażowany w sprawę.

Sąd Apelacyjny uznał więc, że doszło do naruszenia dóbr osobistych, ale nie uwzględnił roszczeń powoda o zamieszczenie przeprosin w ogólnopolskiej gazecie oraz wpłacenie kwoty 10.000 złotych z poniższych względów.

Krąg osób, które miały do czynienia z pismem zawierającym naruszające dobra osobiste sformułowanie „nikczemny” był ograniczony do stron postępowania sądowego i nie zostało udowodnione, by pismo to zostało upublicznione w szerszym zakresie. Nie sposób zatem uznać, by żądany przez powoda sposób jego przeproszenia był adekwatny do zachowania pozwanego. Jeżeli bowiem do naruszenia dóbr osobistych powoda doszło w piśmie procesowym złożonym do akt, a dostęp do tych akt miał niewielki krąg osób, to opublikowanie przeproszenia na łamach gazety o zasięgu krajowym, nie ma dostatecznego uzasadnienia. Sąd z jednej strony winien mieć na względzie, by środek służący usunięciu skutków tego naruszenia dał rzeczywiście satysfakcję poszkodowanemu, z drugiej strony, by sposób usunięcia naruszenia dobra osobistego był dostosowany do okoliczności konkretnego przypadku.

Natomiast żądanie zapłaty kwoty 10.000 złotych zdaniem Sądu stanowiło nadużycie prawa podmiotowego przez powoda. Uwzględniając bowiem trwający od kilku lat konflikt między stronami, powstały na tle korzystania i zarządzania nieruchomością, żądanie zasądzenia powyższej kwoty zostało uznane za zbyt daleko idące w stosunku do tego, w jaki sposób doszło do naruszenia dóbr osobistych powoda.

Jak wynika z powyższego wyroku, do naruszenia dóbr osobistych może dojść w piśmie procesowym składanym w toku postępowania sądowego. Ponieważ jednak z reguły dostęp do akt postępowania ma niewielka liczba osób, należy pamiętać, aby roszczenia wywodzone z tytułu naruszenia dóbr osobistych były dostosowane do skali naruszenia i jego skutków. Z reguły więc w tego typu sprawach nie będzie uzasadnione zamieszczenie przeprosin w prasie ogólnopolskiej czy w internecie.

 

1 Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie VI Wydział Cywilny z dnia 5 lutego 2014 roku o sygn. akt VI A Ca 884/13.

Prawo do bycia zapomnianym

Internet nie zapomina… Po wyroku Trybunału Sprawiedliwości z dnia 13 maja 2014 roku (C‑131/12) w sprawie Google Spain SL i Google Inc. przeciwko Agencia de Protección de Datos (AEPD) i Mario Costeja González – o niektórych będzie musiał jednak zapomnieć.

Wyrok został wydany w następującej sprawie:

W 2010 roku hiszpański obywatel Mario Costeja González wniósł do AEPD (hiszpańskiej agencji ochrony danych osobowych) skargę między innymi przeciwko spółkom Google, dotyczącą tego, że przy wpisywaniu w wyszukiwarkę Google swego imienia i nazwiska pojawiał się link do dwóch stron dziennika „La Vanguardia” (z dnia 19 stycznia i 9 marca 1998 roku), na których znajdowało się ogłoszenie o licytacji nieruchomości Mario Costeja González na pokrycie niespłaconych należności na rzecz zakładu zabezpieczeń społecznych.

Mario Costeja González żądał od La Vanguardia usunięcia lub zmiany stron internetowych w taki sposób, by nie pojawiały się na nich jego dane osobowe, lub też wykorzystania przez nią narzędzi udostępnianych przez wyszukiwarki internetowe do ochrony jego danych osobowych. Od Google domagał się usunięcia lub ukrycia jego danych osobowych w taki sposób, by nie były one ujawniane w wynikach wyszukiwania ani powiązane z linkami do publikacji w gazecie La Vanguardia. Mario Costeja González zwracał uwagę, że zajęcie jego nieruchomości zostało zakończone, sprawa została rozwiązana już wiele lat temu, a aktualnie nie ma żadnego znaczenia.

AEPD uwzględniła skargę w odniesieniu do spółek Google, uznając że operatorzy wyszukiwarek internetowych podlegają przepisom z zakresu ochrony danych osobowych, gdyż przetwarzają dane, za które ponoszą odpowiedzialność. Google Spain i Google Inc. wniosły od tego orzeczenia skargi do sądu, a sąd zwrócił się z pytaniami prejudycjalnymi do Trybunału.

Trybunał orzekł o kilku bardzo istotnych kwestiach (co ciekawe w dużej mierze inaczej niż sugerował Rzecznik Generalny w Opinii):

  • Zdaniem Trybunału operator wyszukiwarki internetowej (np. Google) jest administratorem danych osobowych odpowiedzialnym za ich przetwarzanie.
  • Działalność prowadzona przez wyszukiwarki internetowe polegająca na lokalizowaniu informacji opublikowanych lub zamieszczonych w Internecie przez osoby trzecie, indeksowaniu ich w sposób automatyczny, czasowym przechowywaniu takich informacji i wreszcie ich udostępnianiu internautom w sposób uporządkowany zgodnie z określonymi preferencjami, w sytuacji, gdy takie informacje zawierają dane osobowe, stanowi przetwarzanie danych osobowych.
  • Trybunał uznał, że Google, choć jest podmiotem z państwa trzeciego, podlega unijnym przepisom o ochronie danych osobowych. Odnosi się to do sytuacji, gdy operator wyszukiwarki internetowej ustanawia w danym państwie członkowskim oddział lub spółkę zależną, których celem jest promocja i sprzedaż powierzchni reklamowych oferowanych za pośrednictwem tej wyszukiwarki, a działalność tego oddziału lub spółki zależnej jest skierowana do osób zamieszkujących w tym państwie członkowskim.
  • Operator wyszukiwarki internetowej jest zobowiązany do usunięcia z wyświetlanej listy wyników wyszukiwania – po wpisaniu w wyszukiwarkę imienia i nazwisko danej osoby – linków do stron internetowych zawierających informacje dotyczące tej osoby, również w przypadku, gdy to imię, nazwisko czy informacje nie zostały uprzednio czy też jednocześnie usunięte ze źródłowych stron internetowych i nawet jeśli ich publikacja na tych stronach internetowych jest zgodna z prawem.
  • Trybunał uznał, że przy ocenie zasadności żądania prawa do bycia zapomnianym należy w szczególności przeanalizować kwestię, czy osoba, której dotyczą dane informacje, ma prawo do tego, aby te informacje nie były już powiązane z jej imieniem i nazwiskiem poprzez listę wyświetlającą wyniki wyszukiwania. Bez znaczenia jest okoliczność, czy wyniki wyszukiwania wyrządzają szkodę osobie. Prawa zagwarantowane w Karcie Praw Podstawowych są co do zasady nadrzędne nie tylko wobec interesu gospodarczego operatora wyszukiwarki internetowej, lecz również wobec interesu, jaki może mieć krąg odbiorców w znalezieniu informacji w ramach wyszukiwania prowadzonego po wpisaniu imienia i nazwiska tej osoby.
  • Prawa jednostki muszą jednak ustąpić interesowi publicznemu, jeśli ze szczególnych powodów, takich jak rola odgrywana przez daną osobę w życiu publicznym, uzasadniona jest ingerencja w prawa podstawowe tej osoby publicznej, a uzasadnione jest to nadrzędnym interesem opinii publicznej w dostępie do informacji.

Jak donosi prasa, po tym precedensowym wyroku do Google wpłynęły już kolejne żądania o usunięcie z wyników wyszukiwania imion i nazwisk kilku osób, które uznały, że zostały naruszone ich prawa. A to zapewne dopiero początek żądań, aby Internet – przynajmniej o niektórych faktach dotyczących osób prywatnych – zapomniał.

Ochrona dobrego imienia

Sprawy o naruszenie dóbr osobistych tradycyjnie – oglądane głównie przez pryzmat doniesień medialnych – kojarzą się ze sporami z udziałem polityków, dziennikarzy oraz rozmaitego rodzaju celebrytów.

Jest naturalne, że właśnie takie sprawy przyciągają największą uwagę – przede wszystkim ich bohaterowie po prostu budzą zainteresowanie opinii publicznej. Oprócz tego – w przypadku aktorów, czy osobowości świata mediów, ich publiczny wizerunek ma nieraz wymierną i wysoką wartość, co powoduje, że i dochodzone zadośćuczynienie lub odszkodowanie też jest wysokie. Z kolei w przypadku polityków – można czasem odnieść wrażenie, że sprawy o naruszenie dóbr osobistych są sposobem przeniesienia sporów politycznych na drogę sądową.

Wszystko to z jednej strony popularyzuje ideę ochrony dóbr osobistych, dobrego imienia i renomy, z drugiej jednak tworzy nieco fałszywy obraz, w którym „wartość” dóbr osobistych jest niejako funkcją wartości publicznego wizerunku danej osoby.

Równocześnie sprawy o naruszenie dóbr osobistych często cierpią na typową chorobę procesów „medialnych” – ważniejsza jest informacja, że został złożony pozew (lub prywatny akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie), niż merytoryczna strona całej sprawy. Wiadomość o zainicjowaniu sprawy pojawia się w momencie, gdy jest potrzebna (przykładowo w przypadku polityków – tuż przed wyborami), a często rozstrzygnięcie sprawy (które nastąpi za 2-3 lata lub później) nikogo nie będzie już interesować.

Tymczasem instrumenty ochrony prawnej szeroko pojętego dobrego imienia, renomy i dóbr osobistych, mogą okazać się użyteczne dla każdego – nie tylko dla osób znanych i medialnych.

Dokonanie naruszenia dobrego imienia bywa bardzo proste – archetypem tego typu działań jest zwykła plotka. Przykładową sugestię na temat tego, że określona osoba „źle się prowadzi”, albo że dana spółka sprzedaje klientom niepełnowartościowe produkty, można rozpowszechniać na wiele różnych sposobów:

– bardzo skuteczne (choć pracochłonne) bywa osobiste informowanie zainteresowanych i rozpowszechnianie określonej informacji pocztą pantoflową;

– znakomitym instrumentem naruszania dobrego imienia są media społecznościowe (umieszczenie wpisu zawierającego zniesławiającą wiadomość na tablicy na Facebooku daje szansę dotarcia do szerokiego grona znajomych danej osoby);

– typowym narzędziem są też fora internetowe – dzięki swojej anonimowości, powszechności, często możliwości udawania przez jednego użytkownika grupy różnych osób;

– podobną rolę mogą odgrywać też blogi;

– wreszcie do naruszeń dóbr osobistych dość często dochodzi na łamach prasy – zarówno profesjonalnej, jak i nieprofesjonalnej, tradycyjnej, jak i internetowej.

Oczywiście ta typologia daleka jest od kompletności, czy dokładności – sposoby naruszania dobrego imienia, które wymieniłem wyżej to po prostu te, z którymi najczęściej stykam się w praktyce.

Jeśli chodzi o sprawy, z którymi stykam się na co dzień, bez wątpienia dowodzą one masowości naruszeń dobrego imienia z wykorzystaniem internetu. Jest to dość naturalne – przykładowo akcja polegająca na telefonicznym kontaktowaniu się z kontrahentami określonego przedsiębiorcy i podważaniu jego wiarygodności, ma szansę się okazać dość skuteczna, jest jednak także dość czasochłonna i wymaga podjęcia określonego wysiłku.

Jej przeciwieństwem jest zmasowany atak z wykorzystaniem for internetowych. Łatwość podszywania się pod kilku użytkowników i prowadzenia akcji podważania wiarygodności przedsiębiorcy poprzez tworzenie od postaw całych poświęconych jego działalności wątków jest tak duża (nieraz na wielu różnych portalach, przy wykorzystaniu metody kopiuj-wklej), że praktycznie ten typ działania można uznać już całkowicie typowy.

Z kolei portale społecznościowe często są sceną naruszeń dóbr osobistych, stanowiących efekt eskalacji całkiem niewinnych kłótni i sporów.

Dzięki internetowi, każdy ma okazję obrazić/zniesławić każdego w ciągu kilku chwil. Potęga internetu tkwi też w tym, że jest pierwszym medium, przy pomocy którego dosłownie każdy może dotrzeć do nieoznaczonej liczby odbiorców.

Wszystko to powoduje, że skutki zniesławienia dokonanego przez internet, mogą być bardzo dotkliwe dla ofiary. W opisanym wyżej przypadku typowej akcji zniesławienia za pośrednictwem for internetowych nie chodzi koniecznie o to, żeby całkowicie podważyć wiarygodność atakowanego. Wystarczy wzbudzić u adresatów wątpliwości, które spowodują, że np. skierują się oni do innego usługodawcy.

Co więcej obrona ofiary jest dość mocno utrudniona może wdać się w polemikę, ale to czasem bywa wręcz przeciwskuteczne. Oczywiście narzędzia prawne – czy to pozew o ochronę dóbr osobistych, czy akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie, też nie gwarantują pełnej skuteczności, mogą jednak zapewnić chociażby publiczne przeprosiny. Wreszcie narzędzia prawne stanowią element czysto reperesyjny – nawet jeśli nie doprowadzą do uzyskania pełnej satysfakcji przez pokrzywdzonego, mogą ochronić go przed dalszymi atakami ze strony tego samego sprawcy, który stwierdzi, że nie warto ryzykować kolejnej porażki (szczególnie, że często działania takich osób są powodowane jedynie czystą złośliwością).

Oczywiście nie wszystkie szkody da się zrekompensować w pełni, gdyż w sprawach związanych z ochroną dobrego imienia czy renomy, o wiele łatwiej jest wyrządzić szkodę, niż w jakikolwiek sposób ją zrekompensować.

Trzeba jednak pamiętać, że narzędzia prawne nie są doskonałe – w jednych sprawach uzyskanie satysfakcji jest proste, w innych jest trudne, są też takie, w których okazuje się niemożliwe – jednak co do zasady przepisy dają pokrzywdzonym i poszkodowanym narzędzia skutecznej obrony. Dlatego warto o nich pamiętać i z nich korzystać.

***

Oczywiście jak każde narzędzie prawne, tak i instrumenty ochrony dóbr osobistych i dobrego imienia, mają dwie strony. Pozwy o ochronę dóbr osobistych, czy akty oskarżenia w sprawach o zniesławienie często są nadużywane w celu tłumienia (nieraz słusznej) krytyki.

Trzeba też pamiętać, że przed tego typu nadużyciami można się bronić i chociaż (znowu) przepisy, a zwłaszcza praktyka bywają niedoskonałe, to jednak słuszna krytyka pozostaje pod ochroną i autor takiej krytyki w żadnym wypadku nie stoi w na straconej pozycji w sporze o naruszenie dóbr osobistych, czy zniesławienie.

I ty możesz być osobą publiczną

Pojęcie „osoby publicznej” tradycyjnie jest odnoszone do postaci życia publicznego – polityków, dziennikarzy, ewentualnie rozpoznawalnych artystów, sportowców.

Jest jednak wiele osób, które mogą faktycznie zostać osobami publicznymi bez znaczącej aktywności w tradycyjnie pojmowanym życiu publicznym. Osobą publiczną może zostać praktycznie każdy, niezależnie od swojej woli. Przykładowo za osobą publiczną można uznać, autora popularnego i poczytnego bloga. Podobnie nawet systematyczny udział w internetowych forach dyskusyjnych uzasadnia zaliczenie osoby dyskutanta do osób, które uczestniczą w życiu publicznym (a co za tym idzie za osobę publiczną).

Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy? Dla zagadnień związanych z ochroną dobrego imienia dość zasadnicze. Przede wszystkim granice dopuszczalnej krytyki kierowanej wobec takich osób, są znacznie szersze, niż w przypadku osób prywatnych. Co za tym idzie, osoba publiczna musi się godzić ze znacznie ostrzejszą krytyką pod swoim adresem niż osoba prywatna. Wypowiedzi, które w odniesieniu do osoby prywatnej należałoby uznać za naruszające jej dobra osobiste, w przypadku osoby publicznej mogą być dopuszczalne.

Różnica ta opiera się na – słusznym skądinąd założeniu – że osoba, która bierze udział w debacie publicznej, niejako zgadza się na to, aby zostać poddana ostrzejszej kontroli. Skoro bowiem zabiera głos publicznie, również publicznie może być krytykowana.

Osoby podejmujące taką działalność w sposób nieunikniony a zarazem świadomy i dobrowolny wystawiają się na kontrolę i reakcję ze strony opinii publicznej. Jednocześnie muszą wykazać większy stopień tolerancji nawet wobec brutalnych ataków skierowanych przeciwko nim. Tego wymaga prawo do otwartej i nieskrępowanej debaty. To niewątpliwie dotyczy osób zajmujących stanowiska publiczne, w szczególności polityków. Zdaniem Sądu Apelacyjnego taka podwyższona granica dotyczy także osób, które prowadzą swojego rodzaju publicystykę, z udziałem przecież nie zamkniętego tylko absolutnie otwartego kręgu dyskutantów. Co więcej powód, jak każdy uczestnik publicznej dyskusji odbywającej się za pośrednictwem Internetu, już przez wygłoszenie swych poglądów, zaprezentowanie swego stanowiska, w istocie wyraża zgodę na ich ocenę przez pozostałych uczestników. To jest wpisane w samą decyzje o wzięciu udziału w debacie publicznej. Przystępując do takiej dyskusji można z całą pewnością przewidzieć, że przynajmniej część tych wypowiedzi będzie negatywna, niepochlebna, krytyczna.

Zaprezentowany pogląd należy uznać za generalnie słuszny. Niemniej trzeba zwrócić uwagę, że – w przypadku aktywności internetowej – pojęcie „osoba publiczna” ma charakter nieostry.  W przypadku tradycyjnych mediów, określenie kto jest, a kto nie jest osobą publiczną, z reguły nie przedstawia większych trudności – polityk, dziennikarz, znaczący przedsiębiorca, aktor. A w internecie moment, w którym aktywny bloger, czy bywalec for staje się osobą publiczną, jest trudniejszy do określenia – co więcej sam zainteresowany może nie zdawać sobie z tego sprawy. Co więcej bardzo często nie będzie on świadomy tego, że staje się osobą publiczną i tego, że jest to konsekwencją wzięcia udziału w debacie publicznej.

Warto więc, w przypadku sporów toczonych przez internet i zastanawiania się nad sięgnięciem po środki prawne przeciw osobom naruszającym nasze dobre imię, rozważyć wcześniej, czy przypadkiem, przez swoją aktywność nie staliśmy się osobami publicznymi. A jeśli tak – to jak bardzo wpływa to na naszą sytuację w potencjalnym sporze, bo osobę publiczną obowiązują zupełnie inne standardy – zarówno w zakresie tego, co wypowiada, jak i krytyki kierowanej pod jej adresem.

Wszystkie cytaty pochodzą z tez i uzasadnienia wyroku Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu z dnia 17 listopada 2009 roku (I ACa 949/09), do którego skądinąd bez wątpienia nie raz będę jeszcze wracać, ponieważ zawiera on wiele ciekawych spostrzeżeń i poglądów dotyczących prawnych aspektów funkcjonowania jednostki w internecie.

Podobnie z pewnością będę wracać jeszcze do problemu tego, kto może być „osobą publiczną” i to nie tylko w kontekście ochrony dobrego imienia. Powyższe rozważania odnoszą się przede wszystkim do problemu „osoby publicznej” w odniesieniu do ochrony dóbr osobistych i niekoniecznie przekładają się na inne konstrukcje prawne posługujące się zbliżonymi pojęciami (np. „osoby powszechnie znanej” w rozumieniu przepisów o ochronie wizerunku).

Zniesławienie – skarga na policję

Podstawową formą wszczęcia postępowania prywatnoskargowego jest złożenie prywatnego aktu oskarżenia. Innym sposobem zainicjowania takiego postępowania jest złożenie skargi na policji.

1) Skarga jest z założenia mniej sformalizowana niż akt oskarżenia. Można ją złożyć pisemnie, albo ustnie;

2) Policja w razie potrzeby zabezpiecza dowody po czym

3) przekazuje skargę sądowi.

Kluczową – z punktu widzenia praktycznego – czynnością, jest tu „zabezpieczenie dowodów”. Może ono przykładowo polegać na:

  • przesłuchaniu świadka, który jest chory, albo wybiera się na bardzo długi okres za granicę (przez co może być bardzo trudne lub niemożliwe przesłuchanie go w trakcie postępowania sądowego);
  • ustaleniu tożsamości świadków;
  • zabezpieczenie przedmiotów, które służyły do popełnienia przestępstwa (np. komputera, który posłużył do umieszczenia w internecie zniesławiającej treści).

Dodatkowo policja może też podjąć działania zmierzające ustalenie tożsamości osoby oskarżonej1albo jej adresu. Co prawda budzi pewne wątpliwości w orzecznictwie sądów2 i poglądach doktryny prawa, czy „ustalenie tożsamości oskarżonego” mieści się w ramach „zabezpieczenia dowodów”, w praktyce jednak policja – pomimo tych doktrynalnych zastrzeżeń – często dokonuje odpowiednich ustaleń. Gdyby było inaczej, niemal wszyscy sprawcy anonimowych zniesławień byliby całkowicie bezkarni.

Biorąc to pod uwagę, skargę na policję opłaca się składać przede wszystkim wówczas, gdy nie posiadamy pełnych informacji na temat osoby podejrzanej, albo potencjalnych świadków, jak również wtedy, gdy obawiamy się, że jakiś dowód (przykładowo przesłuchanie świadka) nie będzie możliwy do przeprowadzenia na etapie postępowania sądowego.

Policja nie ocenia, czy skarga jest zasadna, a jedynie przekazuje materiały do sądu (ewentualnie po dokonaniu wcześniej innych czynności).

1 gdy zniesławienie zostało dokonane anonimowo – w praktyce często może być to jedyna metoda ustalenia tożsamości naruszyciela (inna sprawa, że w praktyce skuteczność takich działań bywa różna).

2 wątpliwości wyrażone np. w uzasadnieniu wyroku Sądu Najwyższego z dnia 1 marca 2013 roku III KK 218/12.

Problemy z ustaleniem tożsamości w internecie (wyrok NSA I OSK 1666/12)

W Centralnej Bazie Orzeczeń Sądów Administracyjnych zostało opublikowane uzasadnienie wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego z dnia 21 sierpnia 2013 roku (sygn. akt I OSK 1666/12), o którym jakiś czas temu informowała Rzeczpospolita.

W mojej ocenie wyrok – chociaż zawiera sporo ważnych uwag odnoszących się do kwestii ochrony dobrego imienia, w żadnym wypadku nie jest tak rewolucyjny, jak sugerował zacytowany artykuł.

Przede wszystkim wyrok ma dość miękką wymowę – duży nacisk został położony jednak na ochronę interesów osób, których dane dotyczą, nie na darmo w tej konkretnej sprawie NSA oddalił skargę kasacyjną i uznał, że nie było usprawiedliwionych przesłanek do ujawnienia danych osobowych.

Ważniejsza jest jednak druga kwestia – wyrok de facto dotyczy jedynie adresu IP. Sam adres IP w znakomitej większości wypadków nie będzie wystarczający do ustalenia tożsamości autora konkretnego wpisu. Drugim elementem jest ustalenie, do kogo konkretnie jest ten numer IP przypisany (co zresztą też nie zawsze jest wystarczające dla ustalenia tożsamości autora wpisu, ale to już zupełnie inny temat) – a ustalenie w tym zakresie póki co w dalszym ciągu jest możliwe jedynie po uchyleniu tajemnicy telekomunikacyjnej (co może zostać uczynione jedynie przez prokuratora lub sąd w sprawie karnej).