Nagrywanie rozmówcy

Smiało można powiedzieć, że co najmniej od czasu afery Rywina zapanowała swego rodzaju moda na nagrywanie – rejestrowanie rozmów dało początek wielu wstrząsom w życiu publicznym, jakie nastąpiły w ostatnim piętnastoleciu.

Niewątpliwie pamiętny artykuł i burza jaką spowodował (łącznie z obszernie relacjonowanymi obradami komisji śledczej) sprawiły, że rejestrowanie prowadzonych rozmów stało się istotnym elementem zwłaszcza polityki, o tyle prawdziwą rewolucję przyniosło upowszechnienie się smartfonów. O ile wcześniej do nagrania rozmówcy potrzebne było pewne przygotowanie (choćby w postaci zaopatrzenia się w dyktafon), o tyle dzisiaj utrwalić rozmowę można przy pomocy urządzenia, które każdy nosi przy sobie.

Ma to oczywiście przełożenie także na obrót prawny, a szczególnie przebieg postępowań sądowych. Gdy istotne dla sprawy wydarzenia miały miejsce podczas spotkania bez udziału świadków, nagranie nieraz okazuje się ważnym lub wręcz kluczowym dowodem.

W takiej sytuacji ten kto nagrał dysponuje często potężną bronią; temu kto został nagrany o wiele trudniej wyprzeć się swoich słów; wreszcie – ten, kto nie nagrywał, żałuje, że tego nie zrobił.

W bardzo spornych sytuacjach standardem staje się zresztą nagrywanie obustronne.

I oczywiście jak zwykle pojawia się pytanie – czy to jest dozwolone, czy jest legalne?

Powyższy problem ma dwa aspekty:

  • po pierwsze – dopuszczalność wykonania samego nagrania i to, czy nie narusza ono praw innych osób;
  • po drugie – możliwość wykorzystania nagrania w sądzie lub w innym posępowaniu.

Dopuszczalność nagrywania

Jako punkt wyjścia warto tu przywołać pogląd wyrażony przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku w wyroku z dnia 23 czerwca 2016 roku (sygn. akt III APa 12/16):

Nagrywanie rozmówców, tym bardziej będących osobami postronnymi, bez ich wiedzy i aprobaty, stanowi proceder nieetyczny.

(Warto zaznaczyć, że nagrywanie o jakim tu mowa prawie zawsze jest dokonywane bez wiedzy rozmówcy – inaczej ten pilnowałby się, aby w rozmowie nie powiedzieć niczego, co mogłoby mu zaszkodzić).

Warto o tym pamiętać – nagrywanie czyjejś niepublicznej wypowiedzi bez jego zgody jest co najmniej naganne. Może też teoretycznie wiązać się z naruszeniem obowiązujących przepisów.

Po pierwsze – nagrywanie rozmówcy może prowadzić do naruszenia jego dóbr osobistych i odpowiedzialności na zasadzie prawa cywilnego.

Po drugie – nagrywanie może nawet stanowić przestępstwo określone w art. 267 § 3 kodeks karnego: Tej samej karze (czyli grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2 – przyp. BG) podlega, kto w celu uzyskania informacji, do której nie jest uprawniony, zakłada lub posługuje się urządzeniem podsłuchowym, wizualnym albo innym urządzeniem lub oprogramowaniem.

Sąd Najwyższy w postanowieniu z dnia 27 kwietnia 2016 roku (sygn. akt III KK 265/15) uznał, iż

Wolno w związku z tym stwierdzić: Art. 267 § 3 KK zapewnia ochronę wypowiedzi uczestników rozmowy, jeżeli co najmniej w sposób dorozumiany nadały im poufny charakter, przy czym bez znaczenia są tu intencje, jakie zadecydowały o takim statusie wypowiedzi. Innymi słowy, o poufnym charakterze informacji przesądza co do zasady nie tyle treść przekazu, co raczej wola osób biorących udział w spotkaniu, a więc element subiektywny; instalowanie urządzenia służącego do rejestracji obrazu lub dźwięku w celu przechwycenia informacji o przebiegu takiej rozmowy jest siłą rzeczy niedozwolone i stanowi czyn zabroniony, którego znamiona opisane są w art. 267 § 3 KK.

W postanowieniu tym Sąd Najwyższy uznał też, że dyktafon wykorzystany do nagrania osoby, z którą prowadzi się rozmowę może być uznany za urządzenie podsłuchowe (mimo że w takiej sytuacji ciężko mówić o podsłuchu sensu stricto).

Wykorzystanie nagrania w sądzie

Ustaliliśmy już, że nagrywanie jest moralnie naganne, może też naruszać przepisy, dobra osobiste, a nawet stanowić przestępstwo.

A jednak – zarówno nagrywanie, jak i wykorzystywanie nagrań w Sądzie jest obecnie na porządku dziennym.

W orzecznictwie nie ulega bowiem wątpliwości, że wykorzystywanie tego typu nagrań (nawet jeśli stanowi delikt prawa cywilnego lub wręcz przestępstwo) w postępowaniu sądowym jest dozwolone. Dobitnie dał temu wyraz Sąd Apelacyjny w Warszawie w wyroku z dnia 15 października 2015 roku (sygn. akt I ACa 87/15), który stwierdził:

Bo też i nie ma w polskiej procedurze cywilnej żadnego przepisu, który pozbawiałby stronę możliwości przedstawienia dowodu zdobytego sprzecznie z prawem (np. nagrania sporządzonego bez wiedzy osoby nagrywanej czy dokumentu zabranego drugiej stronie bez jej zgody, albo korespondencji odczytanej z naruszeniem tajemnicy korespondencji). 

Jeszcze dalej poszczedł Sąd Apelacyjny w Gdańsku, w wyroku w sprawie III APa 12/16 (cytowanym wyżej). Otóż, oprócz uznania nagrywania za działanie nieetyczne Sąd Apelacyjny uznał, iż

 

Oczywiście brak jest podstaw do uznania, że sam fakt nagrywania prywatnej rozmowy przez osobę, która posłuży się następnie tym nagraniem w toczącym się postępowaniu administracyjnym czy sądowym, w którym będzie uczestniczyć jako strona postępowania, wyczerpuje znamiona art. 267 § 3 KK. Brak jest też przesłanek do zarzucenia działań nieetycznych dla nagrania rozmowy celem uzyskania dowodu przeciwko twierdzeniom rozmówcy, który przeczy określonym okolicznościom istotnym następnie z perspektywy toczącego się w sprawie postępowania nawet jeśli rozmowa prowokowana i prowadzona jest w takim właśnie celu.

Sąd ten dopuścił zatem nie tylko wykorzystanie nagrania prywatnej rozmowy w postępowaniu sądowym, ale nawet sprowokowanie rozmowy (która następnie zostaje nagrana) wyłącznie w celu wykorzystania w postępowaniu sądowym.

Także Sąd Najwyższy w cytowanym wyżej wyroku w sprawie III KK 265/15 jednoznacznie uznał, że chociaż nagrywanie rozmówcy może stanowić przestępstwo, to już nie ma przeciwwskazań do wykorzystania takiego nagrania jako dowodu w sądzie.

***

Z punktu widzenia osoby chcącej wykorzystać zarejestrowaną rozmowę w postępowaniu sądowym aktualne stanowisko orzecznictwa nie przynosi jednoznacznych i łatwych odpowiedzi.

Z jednej bowiem strony nie budzi raczej wątpliwości, że takie nagranie może zostać wykorzystane w postępowaniu sądowym (choć trzeba pamiętać, że linia orzecznicza potrafi z dnia na dzień zmienić się o 180 stopni i to, co jest dopuszczalne dziś, jutro może być całkowicie niekaceptowalne).

Z drugiej jednak – osoba, która to uczyni musi (przynajmniej potencjalnie) liczyć się z możliwością poniesienia z tego tytułu odpowiedzialności.

Podsumowując – w każdej sytuacji należy rozważyć korzyści, jakie nagranie może przyniesć w postępowaniu sądowym, jak również ryzyko z jakiem jego użycie i wykorzystanie może się wiązać.

Na pewno przyszłość przyniesie jeszcze niejedno orzeczenie sądów dotyczące tej kwestii i być może także przewartościowanie zasad i reguł, które dziś są uznawane za oczywiste.

Reklamy

O wylewaniu dziecka z kąpielą

… czyli kilka dodatkowych uwag o niedawnym wyrok Trybunału Konstytucyjnego SK 32/14.

Najpierw kilka słów o tym, co w tym wyroku jest dobre. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest dość prosta – wyrok jest zasadniczo słuszny. Idea odszkodowania wynoszącego trzy lub dwukrotność należnego wynagrodzenia bez wątpienia stanowiła przejaw niezwykłego uprzywilejowania uprawnionych z tytułu praw autorskich względem innych kategorii pokrzywdzonych czynami niedozwolonymi. Ponadto była ze swojej istoty sprzeczna z istotą odszkodowań w naszym systemie prawnym, ponieważ: po pierwsze – odszkodowanie było oderwane od rzeczywistej wysokości szkody; po drugie – konsekwencją jego oderwania od wysokości szkody było to, że miało charakter penalny.

Od razu muszę zaznaczyć, że oba te założenia oceniam raczej negatywnie – uważam, że umiarkowane1 oderwanie wysokości odszkodowań od wysokości rzeczywistej szkody i (również umiarkowane) nadanie odszkodowaniu charakteru penalnego nikomu by nie zaszkodziło.

Jeśli chodzi o oderwanie od rzeczywistej szkody – zwłaszcza w przypadku spraw drobnych, jej wykazanie bywa niemożliwe, albo na tyle utrudnione, że często zniechęca poszkodowanych do dochodzenia swoich praw. Do tego trzeba dodać wszystkie przypadki, gdy niewywiązanie się przez np. jedną ze stron umowy ze swoich obowiązków powoduje określone dolegliwości i nieprzyjemności dla drugiej strony, które jednak są trudne do przełożenia na konkretną, możliwą do wykazania wysokość szkody. Dodatkowo – w przypadku spraw drobnych – uzyskanie odszkodowania odpowiadającego rzeczywistej szkodzie nie rekompensuje poszkodowanemu kosztów związanych z dochodzeniem swoich praw.

Penalny charakter odszkodowania stanowiłby dobre remedium na te problemy, z jednej strony ułatwiając poszkodowanemu obronę swoich praw, z drugiej czyniąc z odszkodowania rzeczywistą dolegliwość dla sprawcy.

Problem ten dotyczy głównie spraw drobnych. W przypadku spraw średnich i większych jest on nieco mniej dotkliwy – w większości przypadków, jeśli naruszenie warunków umowy czy czyn niedozwolony powodują szkodę w wysokości, powiedzmy, dwustu tysięcy złotych (a tym bardziej w przypadku kwot większych), to problemy te stają się mniej istotne. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku naruszeń, w których wartość szkody wynosi np. trzysta, pięćset, czy dwa tysiące złotych. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, kiedy (właśnie w dziedzinie praw autorskich) poszkodowany rezygnował z dochodzenia swoich praw, mimo ewidentności naruszenia, właśnie dlatego, że perspektywa uzyskania małej kwoty po dwu-trzyletnim procesie, była dla niego kompletnie nieatrakcyjna.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że taka sytuacja z punktu widzenia zaufania do prawa i ogólnej kultury prawnej jest bardzo groźna – bezkarność małych naruszeń powoduje bowiem erozję zaufania do prawa, jako narzędzia, które powinno każdemu gwarantować bezpieczeństwo i ochronę.

Co istotne, taka sytuacja dodatkowo różnicuje sytuację podmiotów dużych, dysponujących zapleczem ekonomicznym i obsługą prawną – które mogą sobie pozwolić na prowadzenie nawet drobnych sporów „dla zasady” oraz „zwykłych ludzi”, dla których zaangażowanie się w spór sądowy to określony koszt i wysiłek, który nie jest wart poniesienia2.

Warto zauważyć dodatkowo, że w naszym systemie istnieje już pewna dolegliwość, którą możnaby uznać za zbliżoną do penalnego odszkodowania (w dodatku mającego charakter dość przypadkowy) – mianowicie obowiązek zwrotu kosztów sądowych (a także egzekucyjnych) przeciwnikowi.

Przykładowo konstrukcja rozporządzenia o Zwrot kosztów zastępstwa procesowego wprowadza ciekawe zasady dotyczące zwrotu kosztów zastępstwa procesowego. Wysokość kosztów zastępstwa procesowego zależy od rodzaju sprawy, w przypadku większości spraw cywilnych decydująca jest wartość przedmiotu sporu i wynosi w zależności od wartości przedmiotu sporu:

– do 500 zł – 60 zł;

– powyżej 500 zł do 1.500 zł – 180 zł;

– powyżej 1.500 zł do 5.000 zł – 600 zł;

– powyżej 5.000 zł do 10.000 zł – 1.200 zł;

– powyżej 10.000 zł do 50.000 zł – 2.400 zł;

– powyżej 50.000 zł do 200.000 zł – 3.600 zł;

– powyżej 200.000 zł – 7.200 zł.

Warto zastanowić się zwłaszcza nad progami wartości przedmiotu sporu 5.000 złotych i 10.000 złotych. Rozporządzenie jest tak skonstruowane, że w przypadku przekroczenia tych progów, stawka zwrotu kosztów zastępstwa procesowego wynosi ponad 20% (aż do niemal 24%) wartości roszczenia głównego (jeszcze lepsze przełożenie jest w przypadku progu 500 złotych i 1500 złotych – w tym drugim przypadku z kosztów zastępstwa procesowego można „wyciągnąć” niemal 40% kwoty roszczenia głównego). Z kolei w przypadku np. roszczenia wynoszącego 49.000 złotych, stawka kosztów zastępstwa procesowego wynosi mniej niż 5% roszczenia głównego.

W dodatku nie liczymy tu jeszcze kosztów zastępstwa procesowego w postępowaniu egzekucyjnym. Do tego należy doliczyć koszty sądowe, do których zwrotu jest zobowiązany pozwany w przypadku przegrania sprawy – i tu znowu próg 10.000 okazuje się istotny, przy nim bowiem dla wielu kategorii spraw kończy się możliwość rozpoznawania ich w postępowaniu uproszczonym i znacząco wzrastają koszty sądowe (Postępowanie uproszczone o wartości 9.999 złotych wiąże się z koniecznością wniesienia opłaty sądowej w wysokości 300 złotych, ta sama sprawa jeśli wartość przedmiotu sporu wynosiłaby 10.001 złotych, podlegałaby opłacie w wysokości 500 złotych).

Oznacza to, że porównując dwie sprawy – w jednej, w której wartość przedmiotu sporu wynosi 9.999, dodatkowe koszty wynikające z etapu postępowania sądowego, mogą wynieść dla pozwanego w sumie 1.500 złotych, z kolei w przypadku sprawy o wartości 10.001 złotych – te koszty będą wynosić już 2.900 złotych. Po pierwsze oznacza to, że dochodzenie tej drugiej kwoty może być bardziej opłacalne dla wierzyciela, po drugie – niezapłacenie ich dobrowolnie przez dłużnika, powoduje dla niego o wiele dotkliwsze konsekwencje (jeszcze przed uwzględnieniem odsetek i kosztów postępowania egzekucyjnego jego obciążenie wzrasta o 30%).

(Ponieważ wpis jest czysto publicystyczny, pomijam tu dodatkowe kwestie praktyczne – przede wszystkim problem niewypłacalności dłużnika i konieczność poniesienia przez wierzyciela kosztów tak sądowych, jak i wynagrodzenia pełnomocnika).

Wyraźnie widać więc, że obowiązek zwrotu kosztów sądowych w tych przypadkach jest oderwany od rzeczywistej wartości roszczenia, a w konsekwencji, w niektórych przypadkach (jak napisałem wyżej – dobranych całkiem arbitralnie i losowo) nabiera wręcz charakteru penalnego, a w konsekwencji powoduje, że – w sytuacji, gdy pozostałe zmienne (jak wypłacalność dłużnika, możliwość udowodnienia roszczenia) są takie same – o wiele bardziej opłacalne jest dochodzenie roszczenia w wysokości 10.001 złotych niż 9.999 złotych, a wszystko to jest zasługą prostego mechanizmu nakładającego na dłużnika dodatkową, zryczałtowaną opłatę.

Oczywiście wysokość możliwych do uzyskania kwot to tylko jeden z powodów, dla których tak wiele drobnych roszczeń nie jest dochodzonych, a sprawcy szkód, czy naruszyciele umów nie muszą się obawiać konsekwencji (równie ważnym problemem jest mała faktyczna efektywność systemu egzekucyjnego i ogólna długotrwałość postępowań sądowych). Niemniej podwyższenie kwot możliwych do uzyskania przez poszkodowanych przynajmniej częściowo i przynajmniej w niektórych sprawach mogłoby sprawić, że osoby rezygnujące obecnie z dochodzenia swoich praw, podjęłyby próbę ich obrony3.

I z tych właśnie przyczyn powołany na wstępie wyrok Trybunału Konstytucyjnego, choć w pełni słuszny, stanowi przejaw obecnych w naszym prawie tendencji, które uważam za nie do końca dobre. Art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowił małą (i dość słabą) furtkę do prawa bardziej efektywnego i ta furtka została zatrzaśnięta.

1 czy też rozsądne – zdaję sobie sprawę, jak bardzo niedookreślone są te pojęcia i jak bardzo każdy rozumie je po swojemu.

2 oczywiście tej nierówności nie da się całkowicie wyeliminować – duże podmioty też korzystałyby z odszkodowań penalnych i mogłyby to robić jeszcze bardziej efektywnie dzięki posiadanemu zapleczu, ale przynajmniej zniknąłby najbardziej drastyczny przejaw nierówności, gdy jedni mogą toczyć spory, a inni muszą z nich rezygnować.

3 jestem też oczywiście świadomy, że wprowadzenie systemu odszkodowań penalnych doprowadziłoby do pojawienia się nowych nadużyć i patologii – które pojawiały się też w stosowaniu art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Szkolenie PRAWO W FOTOGRAFII

Zapraszam na szkolenie PRAWO W FOTOGRAFII organizowane przez Kancelarię, współtworzoną przez autorów bloga. Na szkoleniu przybliżymy kwestie praktyczne dotyczące prawa autorskiego i prawa do wizerunku w branży fotograficznej.

Szczegółowe informacje dostępne są na stronie Kancelarii

.2015-02-17-plakat

Sherlock Holmes i Spider-man

Jak wspomniałem w poprzednim wpisie, w mojej ocenie jednym z kluczowych zagadnień dla „prawa komiksu”, a także szeroko pojętego prawa kultury popularnej, jest fikcyjny bohater (postać literacka). Bardzo często to bohater jest tym, co przyciąga czytelników czy widzów, to bohater sprzedaje gry i gadżety. To bohater rozbudza wyobraźnię tłumów i łączy w jedną, potężną popkulturową całość książki, komiksy, filmy gry, a nawet musicale. To wreszcie o wielkich bohaterów toczone są wielkie spory, choć – jak dotąd – niekoniecznie w Polsce.

Przykładów nie trzeba szukać daleko – każdy z czytelników bez trudu może spotkać na ulicy (albo nawet we własnym domu) małego chłopca1, który ma bluzę lub plecak ze Spider-manem. Jeśli zastanowić się przez chwilę, dojdziemy do wniosku, że ikoniczny wizerunek tej postaci pochodzi jeszcze z połowy lat sześćdziesiątych. Oznacza to, że chłopiec ten nosi wizerunek bohatera, który rozbudzał wyobraźnię osób z pokolenia jego dziadków, gdy sami jeszcze byli małymi chłopcami (choć znowu nie w Polsce). Co łączy Spider-mana z 1963 roku i Spider-mana z 2014 roku? Można powiedzieć, że – poza ogólnym zarysem historii – niemal nic. Ma ten sam pseudonim, tak samo nazywa się w „cywilnym” życiu, wreszcie – co do zasady – nosi taki sam czerwono-niebieski kostium.

Natomiast z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością możemy założyć, że dzisiejszy chłopiec bawiący się figurką Spider-mana, nie znalazłby dla siebie zupełnie nic w komiksach (czy filmach animowanych), które były kierowane do ludzi z pokolenia jego dziadka. Nie ma w tym nic dziwnego – zmieniły się gusta, estetyka, metody przedstawiania. Dawne komiksy czy filmy nadal cieszą się ochroną prawnoautorską, jednak tym co ma prawdziwą wartość jest właśnie bohater.

Jeszcze lepszym przykładem tego zjawiska jest bohater niezbyt komiksowy (chociaż doczekał się też wersji komiksowych) – Sherlock Holmes. Wystarczy spojrzeć na kilka przykładów (spośród dziesiątek, a pewnie nawet setek) utworów opowiadających o losach słynnego detektywa:

1) Oryginalne historie Arthura Conana Doyle’a, które zdefiniowały postać – genialnego detektywa, rozwiązującego zagadki przede wszystkim dzięki swojej inteligencji i wiedzy, ale także dzięki zdolnościom do gromadzenia informacji i pracy w terenie, a przy tym wszystkim – człowieka uzależnionego od narkotyków;

2) „Bez śladu” – film odwracający klasyczny schemat i czyniący z Sherlocka Holmesa jedynie figuranta prawdziwego geniusza i detektywa, którym okazuje się doktor Watson;

3) Filmy z 2009 i 2011 roku – będące postmodernistyczną wariacją na temat klasycznej postaci detektywa;

4) Wreszcie serial BBC powstający w obecnej dekadzie – przenoszący postać Sherlocka Holmesa we współczesność.

Czym charakteryzują się te cztery historie? Przede wszystkim tym, że nie mają ze sobą niemal nic wspólnego. Film z Michaelem Cainem można jeszcze uznać za rodzaj parodii oryginalnych historii Arthura Conana Doyle’a. Nowsze wersje filmowe natomiast to luźne wariacje na temat nawet nie oryginalnych opowiadań o Sherlocku Holmesie, ale samej jego postaci. Ważny jest Sherlock Holmes, a nie jego śledztwa.

Zresztą można zauważyć, że problem ten dotyczy nie tylko licznych nawiązań do postaci słynnego detektywa – pojawił się on już w czasach oryginalnych opowieści o Holmesie. Gdy Doyle zabił swojego bohatera przy Wodospadzie Reichenbach kończąc tym samym serię poświęconych mu opowiadań, rozwiązanie to nie spotkało się z akceptacją czytelników ani wydawców. W końcu wobec nacisków (i finansowych zachęt) autor zdecydował się na powrót do swojego największego bohatera, najpierw w opowieści z przeszłości (dość przewrotnie ta właśnie historia – „Pies Baskerville’ów” – stała się chyba najbardziej rozpoznawalną spośród przygód Holmesa), a potem bezceremonialnie przywracając go do życia.

Dlaczego Arthur Conan Doyle nie stworzył postaci nowego detektywa, aby osadzić go w kolejnych książkach? Z tej samej przyczyny, dla której autorzy filmów, czy seriali tak chętnie sięgają po tę postać (lub innych rozpoznawalnych detektywów – jak choćby Herculesa Poirot). To bohater, który fascynuje odbiorcę (nawet jeśli ciężko się z nim utożsamiać – budzi w nim emocje i przywiązanie. Dodatkowo postać głównego bohatera wskazuje na typ historii, z jaką czytelnik czy widz będzie mieć do czynienia.

Dlatego właśnie Sherlock Holmes jest czymś znacznie więcej niż jakiekolwiek opowiadanie czy film z jego udziałem – a jako zjawisko kulturowe, jest prawdopodobnie czymś więcej niż suma wszystkich utworów, w których został wykorzystany. To samo dotyczy oczywiście Supermana, Batmana, Dartha Vadera, Asterixa, Myszki Miki czy Jamesa Bonda.

Postać fikcyjna a prawo autorskie

W tym miejscu dochodzimy do kluczowego problemu – skoro w kulturze popularnej tak ogromna jest waga postaci fikcyjnych (a co za tym idzie ich potencjał komercyjny) – musiały pojawić się narzędzia prawne, pozwalające uprawnionym na monopolizowanie tych postaci.

Od razu trzeba zaznaczyć, że praktyka wypracowała cały szereg takich narzędzi (do których powrócę w kolejnych wpisach) – imię oraz wizerunek postaci fikcyjnych są rejestrowane jako znaki towarowe, można też stosować do ich ochrony przepisy o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji.

Co ciekawe jednak, postać fikcyjna może też być chroniona przepisami prawa autorskiego. Kwestia ta w zasadzie nie budzi już obecnie wątpliwości. Jako reprezentatywny – na gruncie przepisów polskich – można przywołać chociażby wyrok Sądu Najwyższego z 3 października 2007 roku (sygn. akt II CSK 207/07) Skarżący, tworząc literacką postać fikcyjną prezentowaną w audycjach radiowych, mającą na celu odwzorowanie stereotypu, dokonał wyboru i segregacji charakterystycznych cech zachowań człowieka, uogólnił je i przedstawił jako postać kabaretową w sposób karykaturalny. Oczywiste więc jest, że jest to jego inwencja twórcza o indywidualnym charakterze. Sąd Najwyższy w zacytowanym wyroku w sposób jednoznaczny uznał, że kreacja postaci fikcyjnej może być chroniona przepisami prawa autorskiego – i jest to pogląd, który jest powszechnie przyjmowany.

Co to oznacza? Zgodnie z powołanym poglądem – postać literacka sama w sobie może stanowić utwór, niezależny od utworu, jakim jest konkretna historia, w której została ona osadzona.

Trzeba przyznać, że pogląd ten pokazuje dość daleko idącą ewolucję, jaka dokonała się w zakresie prawa autorskiego.

Spójrzmy na najbardziej klasyczną definicję „utworu” zawartą w art. 2 pkt (1) Konwencji berneńskiej:

Wyrazy „dzieła literackie i artystyczne” obejmują wszelkie utwory literackie, naukowe i artystyczne, bez względu na sposób lub formę ich wyrażenia, jako to: książki, broszury i inne pisma; odczyty, przemówienia, kazania i inne dzieła tego samego rodzaju; dzieła dramatyczne lub dramatyczno-muzyczne; dzieła choreograficzne i pantomimy, których układ sceniczny został ustalony na piśmie lub w inny sposób; utwory muzyczne ze słowami lub bez słów; utwory rysunkowe, malarskie, architektoniczne, rzeźby, utwory rytownicze i litograficzne; ilustracje, mapy geograficzne; plany, szkice i wyroby plastyczne, dotyczące geografji, topografji, architektury lub nauk.

W kontekście tego przepisu, uznanie postaci fikcyjnej za samodzielny utwór stanowi pomysł całkowicie rewolucyjny.

Jeśli przyjrzymy się definicji utworu zawartej w polskiej ustawie o prawie autorskim i prawach pokrewnych:

Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór).

uzupełnionej dodatkową regułą (w dalszym ciągu fundamentalną dla pojęcia prawa autorskiego):

Ochroną objęty może być wyłącznie sposób wyrażenia; nie są objęte ochroną odkrycia, idee, procedury, metody i zasady działania oraz koncepcje matematyczne.

widać, że jest ona bardziej elastyczna i pojemna niż definicja konwencyjna, niemniej w dalszym ciągu uznanie bohatera literackiego czy komiksowego za odrębny byt prawa autorskiego jest przykładem daleko idącej wykładni tego przepisu.

Nawet przyjmując dodatkowe zastrzeżenia, jakie są czynione wobec uznawania postaci fikcyjnej za utwór, uważam, że koncepcja ta jest tyleż sztuczna, co konieczna. W mojej ocenie koncepcja ta zbliża się mocno do ochrony na gruncie prawa autorskiego idei i pomysłów. Tymczasem musimy pamiętać, że zasada, zgodnie z którą prawo autorskie chroni określoną realizację pomysłu (sposób wyrażenia), a nie sam pomysł (ideę) jest w dalszym ciągu regułą kluczową dla tej dziedziny prawa. Zasada ta jest w praktyce często naginana i interpretowana bardzo elastycznie – niemniej póki co stanowi jeden z fundamentów prawa autorskiego.

Z tej przyczyny uważam koncepcję uznawania postaci fikcyjnych za utwory za nieco sztuczną – nie ma co prawda wątpliwości, że za utwór może być uznany np. charakterystyczny wygląd i strój bohatera, być może także charakterystyczne imię. Ale szczególny zespół cech charakteru, osobowości i fikcyjnej historii postaci? Siłą rzeczy granica między „koncepcją” a „realizacją” staje się w tych przypadkach wyjątkowo umowna.

Z drugiej strony – uważam, że to dobrze, iż sądy oferują tego rodzaju ochronę uprawnionym. Biorąc pod uwagę ewolucję kultury popularnej, bardzo często prawdziwa wartość kryje się nie w konkretnym filmie, książce czy komiksie – ale właśnie w bohaterze czy fikcyjnym świecie, który jest w tych utworach wykreowany. Prawo powinno odpowiadać rzeczywistości i musi ewoluować – zwłaszcza prawo autorskie, które jest wyjątkowo skostniałą dziedziną, w wielu miejscach ciągle tkwiącą w XIX-wiecznych koleinach, podczas gdy rzeczywistość, której dotyczy, zmieniła się znacząco.

Do tematu fikcyjnych postaci będę jeszcze wracać w kolejnych wpisach – poświęconych inspiracji, naśladownictwu, granicy między koncepcją postaci fikcyjnej a postacią fikcyjną chronioną prawem autorskim a także „bohaterom zarejestrowanym” (jako znaki towarowe).

1 albo – jak słusznie zwrócono mi uwagę – dziewczynkę.

Artykuły na GazetaPrawna.pl

Z przyjemnością informuję, iż w ostatnich dniach, GazetaPrawna.pl opublikowała dwa artykuły prawników z naszej kancelarii, poświęcone problemom poruszanym na łamach blogu „W todze i bez togi”:
Zapraszamy do lektury.

 

Prawo komiksu

Dziś pierwszy z serii „(po)wakacyjnych” wpisów, do których zainspirował mnie mój udział w charakterze gościa niedawnego konwentu miłośników fantastyki „Avangarda”, gdzie miałem okazję opowiedzieć o kwestii prawnej, którą z pewnym przymrużeniem oka mógłbym określić mianem „prawa komiksu”.

Ten (i kilka kolejnych wpisów) chciałbym poświęcić niektórym znaczącym zjawiskom ze świata kultury popularnej:

1) Opowieści o dwóch nieustraszonych Galach, niewielkim spryciarzu oraz jego potężnym przyjacielu, którzy stawiają czoła niepokonanemu pozornie wrogowi;

2) Historii zakompleksionego nastolatka, który ugryziony przez radioaktywnego pająka, zyskuje nadnaturalne moce i staje się bohaterem;

3) Historii potrafiących ukrywać się pod postacią innych maszyn, inteligentnych robotów, które przynoszą swoją odwieczną wojnę na ziemię;

4) Wreszcie opowieść, która zaczęła się „dawno temu w odległej galaktyce”, ale nie przestała przynosić swoim twórcom milionów dolarów każdego dnia.

Nazwa „prawo komiksu” jest o tyle niedoskonała, że jest nie tylko nieadekwatna prawniczo (trudno uznać „prawo komiksu” za odrębną dziedzinę prawna, czy nawet przypisać do niej jakieś szczególne, charakterystyczne regulacje), jak i nie oddaje w pełni problematyki, jakiej dotyczy. Bardzo podobne problemy dotyczą bowiem – poza komiksami (jednak nie wszystkimi) – także niektórych rodzajów filmów, gadżetów (w tym zabawek, strojów), niektórych książek oraz produktów i publikacji ściśle z nimi powiązanych. Być może określenie „prawo kultury popularnej” byłoby nieco bardziej trafne – ale właśnie tylko „nieco”, gdyż również jego zakres nie byłby idealnie dobrany.

Co jest zatem tak charakterystycznego dla wyodrębnionego w ten sposób „prawa komiksu? Przede wszystkim – to co kluczowe z punktu widzenia uprawnionego, wymyka się tradycyjnie pojmowanemu prawu autorskiemu oraz prawu własności przemysłowej i wymaga stosowania narzędzi przynależnych do różnych gałęzi prawa własności intelektualnej.

Oczywiście można powiedzieć, że samo w sobie nie jest to nic niezwykłego. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że tradycyjne prawo własności intelektualnej nieszczególnie dobrze radzi sobie z różnymi zjawiskami współczesnej kultury, techniki, czy gospodarki. Nie jest też niczym niezwykłym to, że klasyczne konstrukcje prawa autorskiego wyewoluowały (często nawet bez formalnych zmian prawa) w taki sposób, że służą dziś zupełnie innym celom, niż było to pierwotnie założone.

Komiks jednakże nie stanowi jakiegoś szczególnego novum – można powiedzieć, że jako utwór, mimo swojej złożonej konstrukcji (obejmującej zarówno elementy graficzne, jak i tekstowe), czy częstego współautorstwa, jest dość typowym utworem, który bez najmniejszego trudu można zmieścić w klasycznym wyliczeniu zawartym w art. 2 pkt (1) Konwencji Berneńskiej o ochronie dzieł literackich i artystycznych Wyrazy „dzieła literackie i artystyczne” obejmują wszelkie utwory literackie, naukowe i artystyczne, bez względu na sposób lub formę ich wyrażenia, jako to: książki, broszury i inne pisma; odczyty, przemówienia, kazania i inne dzieła tego samego rodzaju; dzieła dramatyczne lub dramatyczno-muzyczne; dzieła choreograficzne i pantomimy, których układ sceniczny został ustalony na piśmie lub w inny sposób; utwory muzyczne ze słowami lub bez słów; utwory rysunkowe, malarskie, architektoniczne, rzeźby, utwory rytownicze i litograficzne; ilustracje, mapy geograficzne; plany, szkice i wyroby plastyczne, dotyczące geografji, topografji, architektury lub nauk.

Kiedy spojrzymy na tytuły, o których napisałem na początku, widać między nimi bardzo znaczące różnice:

  • „Asterix” jest najbardziej spójnym z tytułów – na całość składają się seria albumów komiksowych (tworzonych w porównaniu z następnymi tytułami przez dość ograniczone grono twórców), kilka filmów animowanych oraz kilka filmów aktorskich;
  • „Spider-man” to już nieco bardziej skomplikowany przypadek – liczba odrębnych tytułów poświęconych tej postaci jest liczona w dziesiątki; wyszły tysiące odrębnych albumów komiksowych poświęconych tej postaci, powstawały historie alternatywne; główny bohater ma swoje wersje zarówno z przeszłości jak i z przyszłości; do tego należy oczywiście doliczyć filmy i seriale (tak animowane jak i autorskie), autorami historii o Peterze Parkerze byli liczni twórcy na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat;
  • „Transformers” to z kolei fikcja, która miała na celu sprzedaż zabawek – temu celowi podporządkowane były zarówno pierwotnie wydawane komiksy oraz filmy (głównie animowane). Z biegiem czasu jednak historie te zyskały na samodzielności, a fikcja stała się może nie równorzędnym, ale znaczącym partnerem dla zabawek;
  • Wreszcie „Gwiezdne Wojny” – tu u podstaw leżał film, wokół którego narósł potężny świat, na który składają się książki, komiksy, opowiadania, kolejne filmy i seriale – oprócz tego potężna maszyneria do kapitalizowania fikcji, w postaci sprzedaży gadżetów, zabawek, strojów, etc. etc.

Co łączy te cztery tytuły (choć raczej należałoby je chyba nazwać „brandami” lub „markami”)? W każdym z tych przypadków mamy do czynienia z fikcją sensu stricte (głównie komiks i film) oraz narosłym wokół biznesem (gadżety, zabawki, imprezy), co stwarza skomplikowaną sytuację prawną, w której wykorzystywane są rozmaite narzędzia.

Jeśli chodzi o część „fikcji” (czy też fabularną) okazuje się, że to, co stanowi esencję prawa autorskiego (czyli konkretny utwór) nie jest w niej najważniejsze. Oczywiście, jest ważne, jest istotne – ale nie kluczowe. Z punktu widzenia Marvela, to nie prawa autorskie do któregokolwiek (z tysięcy) albumów są najważniejsze dla czerpania korzyści z historii o Spider-manie; podobnie w przypadku Lucasfilm i produkcji ze świata Gwiezdnych Wojen. To tylko baza i podstawa – ważna, ale nie dotykająca kluczowego interesu wydawców i producentów – którym jest nie czerpanie korzyści z konkretnego albumu, czy filmu lecz przede wszystkim rozwijanie fikcji, wydawanie kolejnych tytułów, wreszcie, kapitalizowanie jej w formie innych produktów.

Tym, co jest kluczowe z punktu widzenia ochrony opisanych zjawisk jako całości, są elementy leżące na pograniczu koncepcji i idei (które z zasady nie są objęte ochroną prawnoautorską) – a przede wszystkim: konstrukcja konkretnych fikcyjnych światów oraz ich bohaterów. To bowiem oni – Peter Parker, Asterix; Luke Skywalker czy Optimus Prime są jednym z głównych powodów, dla których fani śledzą kolejne tytuły i są gotowi wydawać pieniądze na gadżety, które się z nimi wiążą.

Dlatego właśnie problematykę statusu prawnego postaci fikcyjnej uważam za najważniejszą dla określonego na początku „prawa komiksu” i właśnie jej poświęcę kolejny wpis.

Ochrona dobrego imienia

Sprawy o naruszenie dóbr osobistych tradycyjnie – oglądane głównie przez pryzmat doniesień medialnych – kojarzą się ze sporami z udziałem polityków, dziennikarzy oraz rozmaitego rodzaju celebrytów.

Jest naturalne, że właśnie takie sprawy przyciągają największą uwagę – przede wszystkim ich bohaterowie po prostu budzą zainteresowanie opinii publicznej. Oprócz tego – w przypadku aktorów, czy osobowości świata mediów, ich publiczny wizerunek ma nieraz wymierną i wysoką wartość, co powoduje, że i dochodzone zadośćuczynienie lub odszkodowanie też jest wysokie. Z kolei w przypadku polityków – można czasem odnieść wrażenie, że sprawy o naruszenie dóbr osobistych są sposobem przeniesienia sporów politycznych na drogę sądową.

Wszystko to z jednej strony popularyzuje ideę ochrony dóbr osobistych, dobrego imienia i renomy, z drugiej jednak tworzy nieco fałszywy obraz, w którym „wartość” dóbr osobistych jest niejako funkcją wartości publicznego wizerunku danej osoby.

Równocześnie sprawy o naruszenie dóbr osobistych często cierpią na typową chorobę procesów „medialnych” – ważniejsza jest informacja, że został złożony pozew (lub prywatny akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie), niż merytoryczna strona całej sprawy. Wiadomość o zainicjowaniu sprawy pojawia się w momencie, gdy jest potrzebna (przykładowo w przypadku polityków – tuż przed wyborami), a często rozstrzygnięcie sprawy (które nastąpi za 2-3 lata lub później) nikogo nie będzie już interesować.

Tymczasem instrumenty ochrony prawnej szeroko pojętego dobrego imienia, renomy i dóbr osobistych, mogą okazać się użyteczne dla każdego – nie tylko dla osób znanych i medialnych.

Dokonanie naruszenia dobrego imienia bywa bardzo proste – archetypem tego typu działań jest zwykła plotka. Przykładową sugestię na temat tego, że określona osoba „źle się prowadzi”, albo że dana spółka sprzedaje klientom niepełnowartościowe produkty, można rozpowszechniać na wiele różnych sposobów:

– bardzo skuteczne (choć pracochłonne) bywa osobiste informowanie zainteresowanych i rozpowszechnianie określonej informacji pocztą pantoflową;

– znakomitym instrumentem naruszania dobrego imienia są media społecznościowe (umieszczenie wpisu zawierającego zniesławiającą wiadomość na tablicy na Facebooku daje szansę dotarcia do szerokiego grona znajomych danej osoby);

– typowym narzędziem są też fora internetowe – dzięki swojej anonimowości, powszechności, często możliwości udawania przez jednego użytkownika grupy różnych osób;

– podobną rolę mogą odgrywać też blogi;

– wreszcie do naruszeń dóbr osobistych dość często dochodzi na łamach prasy – zarówno profesjonalnej, jak i nieprofesjonalnej, tradycyjnej, jak i internetowej.

Oczywiście ta typologia daleka jest od kompletności, czy dokładności – sposoby naruszania dobrego imienia, które wymieniłem wyżej to po prostu te, z którymi najczęściej stykam się w praktyce.

Jeśli chodzi o sprawy, z którymi stykam się na co dzień, bez wątpienia dowodzą one masowości naruszeń dobrego imienia z wykorzystaniem internetu. Jest to dość naturalne – przykładowo akcja polegająca na telefonicznym kontaktowaniu się z kontrahentami określonego przedsiębiorcy i podważaniu jego wiarygodności, ma szansę się okazać dość skuteczna, jest jednak także dość czasochłonna i wymaga podjęcia określonego wysiłku.

Jej przeciwieństwem jest zmasowany atak z wykorzystaniem for internetowych. Łatwość podszywania się pod kilku użytkowników i prowadzenia akcji podważania wiarygodności przedsiębiorcy poprzez tworzenie od postaw całych poświęconych jego działalności wątków jest tak duża (nieraz na wielu różnych portalach, przy wykorzystaniu metody kopiuj-wklej), że praktycznie ten typ działania można uznać już całkowicie typowy.

Z kolei portale społecznościowe często są sceną naruszeń dóbr osobistych, stanowiących efekt eskalacji całkiem niewinnych kłótni i sporów.

Dzięki internetowi, każdy ma okazję obrazić/zniesławić każdego w ciągu kilku chwil. Potęga internetu tkwi też w tym, że jest pierwszym medium, przy pomocy którego dosłownie każdy może dotrzeć do nieoznaczonej liczby odbiorców.

Wszystko to powoduje, że skutki zniesławienia dokonanego przez internet, mogą być bardzo dotkliwe dla ofiary. W opisanym wyżej przypadku typowej akcji zniesławienia za pośrednictwem for internetowych nie chodzi koniecznie o to, żeby całkowicie podważyć wiarygodność atakowanego. Wystarczy wzbudzić u adresatów wątpliwości, które spowodują, że np. skierują się oni do innego usługodawcy.

Co więcej obrona ofiary jest dość mocno utrudniona może wdać się w polemikę, ale to czasem bywa wręcz przeciwskuteczne. Oczywiście narzędzia prawne – czy to pozew o ochronę dóbr osobistych, czy akt oskarżenia w sprawie o zniesławienie, też nie gwarantują pełnej skuteczności, mogą jednak zapewnić chociażby publiczne przeprosiny. Wreszcie narzędzia prawne stanowią element czysto reperesyjny – nawet jeśli nie doprowadzą do uzyskania pełnej satysfakcji przez pokrzywdzonego, mogą ochronić go przed dalszymi atakami ze strony tego samego sprawcy, który stwierdzi, że nie warto ryzykować kolejnej porażki (szczególnie, że często działania takich osób są powodowane jedynie czystą złośliwością).

Oczywiście nie wszystkie szkody da się zrekompensować w pełni, gdyż w sprawach związanych z ochroną dobrego imienia czy renomy, o wiele łatwiej jest wyrządzić szkodę, niż w jakikolwiek sposób ją zrekompensować.

Trzeba jednak pamiętać, że narzędzia prawne nie są doskonałe – w jednych sprawach uzyskanie satysfakcji jest proste, w innych jest trudne, są też takie, w których okazuje się niemożliwe – jednak co do zasady przepisy dają pokrzywdzonym i poszkodowanym narzędzia skutecznej obrony. Dlatego warto o nich pamiętać i z nich korzystać.

***

Oczywiście jak każde narzędzie prawne, tak i instrumenty ochrony dóbr osobistych i dobrego imienia, mają dwie strony. Pozwy o ochronę dóbr osobistych, czy akty oskarżenia w sprawach o zniesławienie często są nadużywane w celu tłumienia (nieraz słusznej) krytyki.

Trzeba też pamiętać, że przed tego typu nadużyciami można się bronić i chociaż (znowu) przepisy, a zwłaszcza praktyka bywają niedoskonałe, to jednak słuszna krytyka pozostaje pod ochroną i autor takiej krytyki w żadnym wypadku nie stoi w na straconej pozycji w sporze o naruszenie dóbr osobistych, czy zniesławienie.