Licencja nieodwołalna

W wyroku o precedensowym charakterze Sąd Apelacyjny w Warszawie1 uznał, że w sytuacji gdy po wygaśnięciu umowy o współpracy w zakresie przekazywania zdjęć oraz odpłatnego przeniesienia do nich autorskich praw majątkowych strony faktycznie kontynuują współpracę na zasadach określonych w wygasłej umowie, można przyjąć że autor zdjęć przekazując je udzielił zamawiającemu nieodwołalnej licencji niewyłącznej na korzystanie z tych zdjęć na polach eksploatacji wskazanych w pierwotnej (wygasłej już) umowie.

Przyjęcie przez Sąd, że fotograf udzielił wydawcy niewyłącznej licencji na dostarczone zdjęcia nie powinna budzić w tej sprawie żadnych wątpliwości. O ile bowiem umowa przenosząca autorskie prawa majątkowe oraz umowa licencyjna wyłączna muszą zostać zawarte na piśmie pod rygorem nieważności, o tyle do zawarcia umowy licencyjnej niewyłącznej nie jest wymagana żadna szczególna forma. Umowa taka może zostać zawarta także w sposób dorozumiany.

Precedensowy charakter wyroku przejawia się natomiast w uznaniu przez Sąd, że strony w sposób dorozumiany wyłączyły możliwość wypowiedzenia tej umowy przez fotografa.

Stan faktyczny sprawy wyglądał następująco:

Powód jest zawodowym fotografem, specjalistą w wykonywaniu zdjęć portretowych, a pozwany wydawcą dzienników oraz serwisu internetowego. W 2009 roku strony zawarły w formie pisemnej umowę o współpracy, której przedmiotem było ustalenie warunków współpracy w zakresie usług fotograficznych i fotoreporterskich świadczonych przez powoda na rzecz pozwanego oraz przeniesienie praw autorskich. Strony szeroko określiły pola eksploatacji obejmując wszystkie znane w chwili zawarcia umowy pola eksploatacji. Przeniesienie praw autorskich następowało bez żadnych ograniczeń, w szczególności terytorialnych, czasowych i ilościowych, pozwanemu przysługiwało prawo przenoszenia nabytych praw w całości lub w części na osoby trzecie. Fotograf zobowiązał się zrezygnować z wykonywania wobec pozwanego i jego następców prawnych praw autorskich osobistych, w tym prawa do nadzoru autorskiego. Ponadto powód przeniósł na pozwanego prawo do zezwalania na rozporządzanie i korzystanie z opracowań dzieła oraz prawo przenoszenia nabytych praw w całości lub w części na osoby trzecie.

Umowa zawarta została na czas oznaczony do dnia 31 marca 2010 roku. Powód zgodnie z umową świadczył usługi na rzecz pozwanego, co miesiąc wystawiał pozwanemu faktury, a pozwany je regulował. Po wygaśnięciu umowy – od kwietnia 2010 roku powód nadal świadczył usługi na rzecz pozwanego i wystawiał faktury za poszczególne miesiące, które były płacone przez wydawnictwo. Pismem z listopada 2011 roku, pozwany powołując się na postanowienia wygasłej już umowy z 2009 roku, rozwiązał umowę z zachowaniem wskazanego w niej terminu wypowiedzenia.

Biorąc powyższe pod uwagę Sąd I instancji uznał, że po wygaśnięciu pierwotnej umowy strony zawarły nową umowę o współpracy i przeniesieniu autorskich praw majątkowych. Z tym poglądem słusznie nie zgodził się jednak Sąd Apelacyjny:

Zgodnie z art. 53 Prawa autorskiego, umowa o przeniesienie autorskich praw majątkowych wymaga dla swej ważności zachowania formy pisemnej. Również uzupełnienie lub zmiana umowy przenoszącej prawa autorskie wymaga zachowania formy pisemnej pod rygorem nieważności (art. 77 § 1 KC). Tym samym zachowanie stron, które po wygaśnięciu umowy z dnia 1 kwietnia 2009 r. nadal zgodnie wykonywały prawa i obowiązki wynikające z tej umowy, nie może być kwalifikowane jako przedłużenie tej umowy per facta concludentia.

Sąd Apelacyjny stanął na stanowisku, że zachowanie stron po wygaśnięciu umowy, które zgodnie kontynuowały współpracę na warunkach wynikających z wygasłej umowy stanowiło przejaw woli zawarcia przez strony – per facta concludentia – umowy licencji niewyłącznej w zakresie praw autorskich przysługujących powodowi co do zdjęć dostarczanych stronie pozwanej.

Sąd nie zgodził się natomiast z autorem zdjęć co do treści zawartej przez strony umowy licencji niewyłącznej, w szczególności że wystawianie poszczególnych faktur przez powoda miałoby stanowić udzielenie licencji jedynie na czas oznaczony kolejnych miesięcy:

niesporne jest, że po wygaśnięciu umowy strony kontynuowały współpracę na dotychczasowych warunkach. Powód wystawiał nadal faktury o identycznej, jak poprzednio treści, spełniając zarazem świadczenie przedmiotowo tożsame ze świadczeniem spełnianym w wykonaniu umowy z dnia 1 kwietnia 2009 r. Odmienny był jedynie mechanizm dotyczący udostępnienia praw autorskich – w miejsce czynności rozporządzającej skutkującej przeniesieniem prawa autorskiego na stronę pozwaną pojawiła się czynność upoważniająca (zobowiązująca) zawierająca upoważnienie pozwanego do korzystania z tego prawa.

Zważywszy, że wysokość wynagrodzenia uzyskiwanego przez powoda pozostawała na tym samym poziomie, który został określony w umowie z dnia 1 kwietnia 2009 r., nie można przyjąć – jak twierdzi autor zdjęć – że zakres uprawnień nabywanych przez wydawcę został zredukowany jedynie do miesięcznych licencji niewyłącznych uzyskiwanych w stosunku do poszczególnych zdjęć przekazanych przez powoda. Bardziej uzasadniona jest wykładnia, zgodnie z którą zakres uprawnień był możliwie zbliżony do zakresu uprawnień przewidzianych w umowie z dnia 1 kwietnia 2009 r. Prowadzi to do wniosku, że udzielone przez powoda licencje niewyłączne zawierały upoważnienie do korzystania przez pozwanego z objętych nimi utworów przez czas nieoznaczony, a więc miały charakter bezterminowy, obejmowały wszystkie znane w chwili zawierania umowy pola eksploatacji, a także zastrzegały dla pozwanego prawo udzielania sublicencji osobom trzecim. Tylko bowiem takie rozwiązanie uzasadnia zapłatę przez pozwanego skarżącemu jednorazowego wynagrodzenia licencyjnego w tej samej wysokości, jaka przysługiwała powodowi na gruncie umowy z z tytułu przeniesienia objętych nią praw autorskich na warunkach określonych w tej umowie.

W umowie z dnia 1 kwietnia 2009 r. zawarte zostały również postanowienia zawierające zobowiązanie powoda do rezygnacji z wykonywania wobec pozwanej spółki i jej następców prawnych praw autorskich osobistych, w tym prawa do nadzoru autorskiego. Z przyczyn wskazanych powyżej uznać należy, że również uzgodnienia w tym zakresie zostały przez strony włączone do zawieranych po dniu 31 marca 2010 r. umów licencyjnych.

Zarazem porównując zakres uprawnień przysługujących pozwanemu na podstawie umowy przenoszącej prawa autorskiego z umowami licencji niewyłącznej zawieranymi przez strony po dniu 31 marca 2010 r., uznać należy, że umowy licencyjne miały charakter bezterminowy oraz zawierały wyłączenie możliwości ich umownego wypowiedzenia.

Sąd uznał też, że nie ma podstaw do przyjęcia, że definitywne zakończenie współpracy pomiędzy stronami skutkowało wygaśnięciem uprzednio udzielonych licencji. Udzielone licencje miały charakter bezterminowy z wyłączeniem możliwości ich umownego wypowiedzenia.

Wprawdzie orzeczenie zapadło w konkretnym stanie faktycznym i nie jest przesądzone, że w innej – nawet podobnej – sprawie zapadłby analogiczny wyrok, to należy uważać nie tylko na treść zawieranych umów w formie pisemnej, ale także, a może przede wszystkim, na umowy zawierane w sposób dorozumiany. Wykonywanie bowiem umowy w określony sposób przez strony może ostatecznie prowadzić do daleko idących skutków. Pojawia się bowiem ryzyko przyjęcia przez sąd, że strony faktycznie zawarły umowę określonej treści, choć jedna ze stron uważa, że z jej zachowania takiej treści nie można wywieść.

 

1 Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie – VI Wydział Cywilny z dnia 17 grudnia 2015 r., VI ACa 1735/14

Nowy system rejestracji znaków towarowych

Już niebawem – 15 kwietnia 2016 roku – zaczną obowiązywać nowe przepisy Prawa własności przemysłowej dotyczące rejestracji znaków towarowych. Oznacza to, że polski Urząd Patentowy przejdzie na system sprzeciwowy, zamiast stosowanego dotąd – systemu badawczego.

Dotychczas Urząd Patentowy przeprowadzał pełne badanie zgłoszonego znaku towarowego, tj. brał pod uwagę zarówno bezwzględne, jak i względne podstawy odmowy rejestracji (np. badał kolizje z wcześniejszymi znakami towarowymi). Po wejściu w życie nowych przepisów Urząd będzie przeprowadzał jedynie wstępne badanie znaku, tj. sprawdzi m.in. czy zgłoszone oznaczenie może być znakiem towarowym czy nie ma charakteru opisowego lub czy nie zachodzą inne bezwzględne podstawy odmowy rejestracji.

Jeśli żadne z powyższych przeszkód nie wystąpią Urząd udzieli prawa ochronnego na znak towarowy, chyba że wpłynie sprzeciw odnośnie jego rejestracji. Urząd dokonuje bowiem ogłoszenia w „Biuletynie Urzędu Patentowego” o zgłoszeniu znaku towarowego. W terminie 3 miesięcy od daty tego ogłoszenia, uprawniony do wcześniejszego znaku towarowego lub uprawniony z wcześniejszego prawa osobistego lub majątkowego może wnieść sprzeciw wobec zgłoszenia znaku towarowego. Termin ten nie podlega przywróceniu.

Jeżeli, w terminie 3 miesięcy nie wpłynie żaden sprzeciw, Urząd zarejestruje znak towarowy. Jeśli sprzeciw wpłynie – zostanie przeprowadzone postępowanie sporne i po jego zakończeniu – w zależności od poczynionych w nim ustaleń – Urząd zarejestruje znak, odmówi jego rejestracji lub zarejestruje w części tj. w odniesieniu tylko do niektórych towarów lub usług.

Nowa procedura jest zatem zbliżona do postępowania przed OHIM i powinna skrócić czas oczekiwania na rejestrację znaków towarowych w Polsce. Urząd nie będzie bowiem prowadził kompleksowego badania znaku towarowego.

Z nowymi obowiązkami powinni się jednak liczyć uprawnieni do wcześniejszych znaków towarowych lub innych praw, gdyż to na nich będzie spoczywał ciężar monitorowania zgłoszeń znaków towarowych naruszających ich prawa oraz podejmowania w razie potrzeby działań. Pamiętać przy tym należy, że na zgłoszenie sprzeciwu uprawniony ma tylko 3 miesiące liczone od ogłoszenia o zgłoszeniu znaku towarowego.

Co istotne, dla zgłoszonego znaku towarowego Urząd Patentowy sporządzi zawiadomienie o istnieniu identycznych lub podobnych znaków towarowych z wcześniejszym pierwszeństwem, przeznaczonych do oznaczania takich samych lub podobnych towarów i przekaże je zgłaszającemu znak. Zawiadomienie to ma charakter wyłącznie informacyjny i nie jest wiążące, ale pokazuje, że zgłaszający może spodziewać się sprzeciwów od uprawnionych podmiotów. Urząd nie będzie jednak wysyłał takich zawiadomień do uprawnionych do wcześniejszych znaków towarowych – inaczej niż OHIM, który wysyła informacje o zgłoszeniu identycznego lub podobnego znaku do właścicieli znaków wcześniejszych.

Omawiane zmiany należy ocenić pozytywnie, nie ma powodów, aby utrzymywać stan, gdy Urząd Patentowy odmawia rejestracji znaku towarowego z uwagi na kolizję ze znakiem wcześniejszym nawet, gdy uprawniony do znaku wcześniejszego nie sprzeciwia się rejestracji. Z drugiej jednak strony uprawnieni muszą być czujni i na bieżąco sprawdzać zgłoszenia nowych znaków, aby nie dopuścić do rejestracji znaku naruszającego ich prawa.

 

Renoma znaku towarowego tylko w jednym państwie członkowskim może się równać renomie w całej Unii Europejskiej

Znak towarowy renomowany korzysta z silniejszej ochrony niż „zwykły” znak towarowy. Właściciel renomowanego wspólnotowego znaku towarowego może bowiem zakazać osobom trzecim używania w obrocie oznaczenia identycznego lub podobnego do znaku towarowego renomowanego także w odniesieniu do towarów lub usług, które nie są podobne do tych, dla których zarejestrowano znak renomowany, w przypadku gdy używanie tego oznaczenia bez uzasadnionej przyczyny powoduje czerpanie nienależnej korzyści bądź też działa na szkodę znaku renomowanego.

W prawie europejskim renomę utożsamia się ze znajomością znaku, co oznacza, że znakiem renomowanym niekoniecznie musi być znak nakładany na towary cieszące się pozytywną opinią, luksusowe. Renoma jest osiągnięta, gdy wspólnotowy znak towarowy znany jest znaczącej części kręgu odbiorców zainteresowanych towarami lub usługami oznaczonymi renomowanym znakiem. Przy badaniu tej przesłanki trzeba uwzględnić całokształt okoliczności sprawy, w tym udział danego znaku towarowego w rynku, intensywność, zasięg geograficzny i długość okresu jego używania, a także rozmiar nakładów poczynionych w celu jego wypromowania. W ujęciu terytorialnym znak towarowy należy uznać za renomowany, jeżeli cieszy się renomą na istotnej części obszaru Unii.

Jak należy rozumieć „istotną część obszaru Unii”? Czy taki obszar powinien obejmować większość państw członkowskich czy też wystarczy tylko kilka z nich?

Na pytanie to odpowiedział Trybunał Unii Europejskiej w wyroku z dnia 3 września 2015 roku w sprawie pomiędzy Iron & Smith kft a Unilever NV (C‑125/14).

Zdaniem Trybunału istotna część obszaru Unii może odpowiadać w danym przypadku terytorium tylko jednego państwa członkowskiego. Co więcej, państwo to niekoniecznie musi być tym państwem, w którym dokonano zgłoszenia do rejestracji późniejszego krajowego znaku towarowego. Przykładowo, w omawianej sprawie późniejszy znak krajowy „be impulsive” został zgłoszony przez Iron & Smith kft na Węgrzech, a spółka Unilever powołała się na wcześniejszą rejestrację wspólnotowego znaku towarowego „Impulse” oraz jego renomę na terenie Wielkiej Brytanii i Włoch.

Zatem wspólnotowy znak towarowy może zostać uznany za renomowany nawet wówczas, gdy cieszy się renomą tylko w jednym państwie członkowskim, innym niż państwo, w którym dokonano zgłoszenia późniejszego znaku towarowego. Czy w takiej sytuacji właściciel znaku renomowanego może sprzeciwić się używaniu jego znaku?

Jeżeli renomowany wspólnotowy znak towarowy jest nieznany właściwemu kręgowi odbiorców w państwie członkowskim, w którym dokonano zgłoszenia późniejszego znaku towarowego, to używanie tego późniejszego znaku co do zasady nie stanowi czerpania nienależnej korzyści z charakteru odróżniającego lub renomy wcześniejszego znaku towarowego, czy też działania na ich szkodę. Natomiast gdy wcześniejszy wspólnotowy znak towarowy został uznany za renomowany na terenie Unii, ale nie jest znany znaczącej części właściwego kręgu odbiorców państwa członkowskiego, w którym dokonano zgłoszenia późniejszego znaku (a więc gdyby oceniać odrębnie tylko to państwo, to znak nie zostałby uznany za renomowany) – nie można wówczas wykluczyć, że niebagatelna z handlowego punktu widzenia część odbiorców będzie znała znak renomowany i dostrzeże związek między nim a późniejszym krajowym znakiem towarowym oraz że albo doszło do faktycznego naruszenia wspólnotowego znaku towarowego albo – gdy do niego nie doszło – istnieje duże prawdopodobieństwo zaistnienia takiego naruszenia w przyszłości.

W celu skorzystania z ochrony wcześniejszego renomowanego wspólnotowego znaku towarowego jego właściciel musi przedstawić dowód na okoliczność, że używanie późniejszego znaku towarowego powodowałoby czerpanie nienależnej korzyści z charakteru odróżniającego lub renomy wcześniejszego znaku towarowego bądź działałoby na ich szkodę i w rezultacie wykazać istnienie naruszenia albo duże prawdopodobieństwo zaistnienia takiego naruszenia w przyszłości. Właściciel późniejszego znaku towarowego powinien natomiast wykazać, że ma on uzasadnione powody, aby używać swojego (późniejszego) znaku.

Są to wytyczne, którymi powinny kierować się sądy przy rozpoznawaniu spraw. Co oczywiste jednak rozstrzygnięcie konkretnej sprawy zależy od całokształtu okoliczności, w tym dowodów przedstawionych przez strony sporu.

O wylewaniu dziecka z kąpielą

… czyli kilka dodatkowych uwag o niedawnym wyrok Trybunału Konstytucyjnego SK 32/14.

Najpierw kilka słów o tym, co w tym wyroku jest dobre. Odpowiedź na tak postawione pytanie jest dość prosta – wyrok jest zasadniczo słuszny. Idea odszkodowania wynoszącego trzy lub dwukrotność należnego wynagrodzenia bez wątpienia stanowiła przejaw niezwykłego uprzywilejowania uprawnionych z tytułu praw autorskich względem innych kategorii pokrzywdzonych czynami niedozwolonymi. Ponadto była ze swojej istoty sprzeczna z istotą odszkodowań w naszym systemie prawnym, ponieważ: po pierwsze – odszkodowanie było oderwane od rzeczywistej wysokości szkody; po drugie – konsekwencją jego oderwania od wysokości szkody było to, że miało charakter penalny.

Od razu muszę zaznaczyć, że oba te założenia oceniam raczej negatywnie – uważam, że umiarkowane1 oderwanie wysokości odszkodowań od wysokości rzeczywistej szkody i (również umiarkowane) nadanie odszkodowaniu charakteru penalnego nikomu by nie zaszkodziło.

Jeśli chodzi o oderwanie od rzeczywistej szkody – zwłaszcza w przypadku spraw drobnych, jej wykazanie bywa niemożliwe, albo na tyle utrudnione, że często zniechęca poszkodowanych do dochodzenia swoich praw. Do tego trzeba dodać wszystkie przypadki, gdy niewywiązanie się przez np. jedną ze stron umowy ze swoich obowiązków powoduje określone dolegliwości i nieprzyjemności dla drugiej strony, które jednak są trudne do przełożenia na konkretną, możliwą do wykazania wysokość szkody. Dodatkowo – w przypadku spraw drobnych – uzyskanie odszkodowania odpowiadającego rzeczywistej szkodzie nie rekompensuje poszkodowanemu kosztów związanych z dochodzeniem swoich praw.

Penalny charakter odszkodowania stanowiłby dobre remedium na te problemy, z jednej strony ułatwiając poszkodowanemu obronę swoich praw, z drugiej czyniąc z odszkodowania rzeczywistą dolegliwość dla sprawcy.

Problem ten dotyczy głównie spraw drobnych. W przypadku spraw średnich i większych jest on nieco mniej dotkliwy – w większości przypadków, jeśli naruszenie warunków umowy czy czyn niedozwolony powodują szkodę w wysokości, powiedzmy, dwustu tysięcy złotych (a tym bardziej w przypadku kwot większych), to problemy te stają się mniej istotne. Zupełnie inaczej sprawa wygląda w przypadku naruszeń, w których wartość szkody wynosi np. trzysta, pięćset, czy dwa tysiące złotych. Wielokrotnie spotykałem się z sytuacjami, kiedy (właśnie w dziedzinie praw autorskich) poszkodowany rezygnował z dochodzenia swoich praw, mimo ewidentności naruszenia, właśnie dlatego, że perspektywa uzyskania małej kwoty po dwu-trzyletnim procesie, była dla niego kompletnie nieatrakcyjna.

Zaryzykowałbym stwierdzenie, że taka sytuacja z punktu widzenia zaufania do prawa i ogólnej kultury prawnej jest bardzo groźna – bezkarność małych naruszeń powoduje bowiem erozję zaufania do prawa, jako narzędzia, które powinno każdemu gwarantować bezpieczeństwo i ochronę.

Co istotne, taka sytuacja dodatkowo różnicuje sytuację podmiotów dużych, dysponujących zapleczem ekonomicznym i obsługą prawną – które mogą sobie pozwolić na prowadzenie nawet drobnych sporów „dla zasady” oraz „zwykłych ludzi”, dla których zaangażowanie się w spór sądowy to określony koszt i wysiłek, który nie jest wart poniesienia2.

Warto zauważyć dodatkowo, że w naszym systemie istnieje już pewna dolegliwość, którą możnaby uznać za zbliżoną do penalnego odszkodowania (w dodatku mającego charakter dość przypadkowy) – mianowicie obowiązek zwrotu kosztów sądowych (a także egzekucyjnych) przeciwnikowi.

Przykładowo konstrukcja rozporządzenia o Zwrot kosztów zastępstwa procesowego wprowadza ciekawe zasady dotyczące zwrotu kosztów zastępstwa procesowego. Wysokość kosztów zastępstwa procesowego zależy od rodzaju sprawy, w przypadku większości spraw cywilnych decydująca jest wartość przedmiotu sporu i wynosi w zależności od wartości przedmiotu sporu:

– do 500 zł – 60 zł;

– powyżej 500 zł do 1.500 zł – 180 zł;

– powyżej 1.500 zł do 5.000 zł – 600 zł;

– powyżej 5.000 zł do 10.000 zł – 1.200 zł;

– powyżej 10.000 zł do 50.000 zł – 2.400 zł;

– powyżej 50.000 zł do 200.000 zł – 3.600 zł;

– powyżej 200.000 zł – 7.200 zł.

Warto zastanowić się zwłaszcza nad progami wartości przedmiotu sporu 5.000 złotych i 10.000 złotych. Rozporządzenie jest tak skonstruowane, że w przypadku przekroczenia tych progów, stawka zwrotu kosztów zastępstwa procesowego wynosi ponad 20% (aż do niemal 24%) wartości roszczenia głównego (jeszcze lepsze przełożenie jest w przypadku progu 500 złotych i 1500 złotych – w tym drugim przypadku z kosztów zastępstwa procesowego można „wyciągnąć” niemal 40% kwoty roszczenia głównego). Z kolei w przypadku np. roszczenia wynoszącego 49.000 złotych, stawka kosztów zastępstwa procesowego wynosi mniej niż 5% roszczenia głównego.

W dodatku nie liczymy tu jeszcze kosztów zastępstwa procesowego w postępowaniu egzekucyjnym. Do tego należy doliczyć koszty sądowe, do których zwrotu jest zobowiązany pozwany w przypadku przegrania sprawy – i tu znowu próg 10.000 okazuje się istotny, przy nim bowiem dla wielu kategorii spraw kończy się możliwość rozpoznawania ich w postępowaniu uproszczonym i znacząco wzrastają koszty sądowe (Postępowanie uproszczone o wartości 9.999 złotych wiąże się z koniecznością wniesienia opłaty sądowej w wysokości 300 złotych, ta sama sprawa jeśli wartość przedmiotu sporu wynosiłaby 10.001 złotych, podlegałaby opłacie w wysokości 500 złotych).

Oznacza to, że porównując dwie sprawy – w jednej, w której wartość przedmiotu sporu wynosi 9.999, dodatkowe koszty wynikające z etapu postępowania sądowego, mogą wynieść dla pozwanego w sumie 1.500 złotych, z kolei w przypadku sprawy o wartości 10.001 złotych – te koszty będą wynosić już 2.900 złotych. Po pierwsze oznacza to, że dochodzenie tej drugiej kwoty może być bardziej opłacalne dla wierzyciela, po drugie – niezapłacenie ich dobrowolnie przez dłużnika, powoduje dla niego o wiele dotkliwsze konsekwencje (jeszcze przed uwzględnieniem odsetek i kosztów postępowania egzekucyjnego jego obciążenie wzrasta o 30%).

(Ponieważ wpis jest czysto publicystyczny, pomijam tu dodatkowe kwestie praktyczne – przede wszystkim problem niewypłacalności dłużnika i konieczność poniesienia przez wierzyciela kosztów tak sądowych, jak i wynagrodzenia pełnomocnika).

Wyraźnie widać więc, że obowiązek zwrotu kosztów sądowych w tych przypadkach jest oderwany od rzeczywistej wartości roszczenia, a w konsekwencji, w niektórych przypadkach (jak napisałem wyżej – dobranych całkiem arbitralnie i losowo) nabiera wręcz charakteru penalnego, a w konsekwencji powoduje, że – w sytuacji, gdy pozostałe zmienne (jak wypłacalność dłużnika, możliwość udowodnienia roszczenia) są takie same – o wiele bardziej opłacalne jest dochodzenie roszczenia w wysokości 10.001 złotych niż 9.999 złotych, a wszystko to jest zasługą prostego mechanizmu nakładającego na dłużnika dodatkową, zryczałtowaną opłatę.

Oczywiście wysokość możliwych do uzyskania kwot to tylko jeden z powodów, dla których tak wiele drobnych roszczeń nie jest dochodzonych, a sprawcy szkód, czy naruszyciele umów nie muszą się obawiać konsekwencji (równie ważnym problemem jest mała faktyczna efektywność systemu egzekucyjnego i ogólna długotrwałość postępowań sądowych). Niemniej podwyższenie kwot możliwych do uzyskania przez poszkodowanych przynajmniej częściowo i przynajmniej w niektórych sprawach mogłoby sprawić, że osoby rezygnujące obecnie z dochodzenia swoich praw, podjęłyby próbę ich obrony3.

I z tych właśnie przyczyn powołany na wstępie wyrok Trybunału Konstytucyjnego, choć w pełni słuszny, stanowi przejaw obecnych w naszym prawie tendencji, które uważam za nie do końca dobre. Art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych stanowił małą (i dość słabą) furtkę do prawa bardziej efektywnego i ta furtka została zatrzaśnięta.

1 czy też rozsądne – zdaję sobie sprawę, jak bardzo niedookreślone są te pojęcia i jak bardzo każdy rozumie je po swojemu.

2 oczywiście tej nierówności nie da się całkowicie wyeliminować – duże podmioty też korzystałyby z odszkodowań penalnych i mogłyby to robić jeszcze bardziej efektywnie dzięki posiadanemu zapleczu, ale przynajmniej zniknąłby najbardziej drastyczny przejaw nierówności, gdy jedni mogą toczyć spory, a inni muszą z nich rezygnować.

3 jestem też oczywiście świadomy, że wprowadzenie systemu odszkodowań penalnych doprowadziłoby do pojawienia się nowych nadużyć i patologii – które pojawiały się też w stosowaniu art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b) ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych.

Niebieski

Wracając do problematyki kolorów jako znaków towarowych, tym razem przyszła kolej na niebieski. Wczoraj (09.07.2015) niemiecki Sąd Najwyższy wydał orzeczenie w sprawie koloru niebieskiego (Pantone 280 C) jako znaku towarowego zarejestrowanego na rzecz firmy Beiersdorf – właściciela marki Nivea.

blue

Pantone 280 C

O unieważnienie tego znaku wystąpił konkurent właściciela marki Nivea, wskutek czego niemieckie sądy patentowe unieważniły znak towarowy. Sąd Najwyższy nakazał jednak zbadać sprawę ponownie.

Sąd Najwyższy nie zgodził się z sądem niższej instancji, że dla wykazania zdolności odróżniającej konieczne jest udowodnienie rozpoznawalności znaku towarowego co najmniej na poziomie 75%. W ocenie Sądu Najwyższego wystarczające jest, aby ponad 50% odbiorców postrzegało dany kolor jako znak towarowy.

Sąd polecił, aby podczas przeprowadzania nowej ankiety dotyczącej rozpoznawalności znaku, badani otrzymali jedynie próbkę niebieskiego koloru, a nie – jak w przypadku pierwszego badania  – próbkę koloru niebieskiego w białym obramowaniu. Ponadto Sąd wskazał, że nowa ankieta powinna zawierać wyszczególnienie produktów do pielęgnacji skóry i ciała, a nie wskazywać jedynie zbiorczo „produkty do pielęgnacji skóry i ciała”, co miało miejsce podczas pierwszego badania.

Uzyskanie rejestracji samego koloru jako znaku towarowego nie jest łatwe. Co więcej, nawet jeśli znak zostanie zarejestrowany, istnieje ryzyko kwestionowania rejestracji, czego przykładem jest omawiana sprawa. Trudno się dziwić konkurentom, którzy sprzeciwiają się monopolizacji określonego koloru.

Z niecierpliwością czekamy więc na ponowne orzeczenie w tej sprawie.

Odszkodowanie za naruszenie praw autorskich w wysokości trzykrotności wynagrodzenia niezgodne z Konstytucją

Trybunał Konstytucyjny w wyroku z dnia 23 czerwca 2015 roku (SK 32/14) orzekł, że art. 79 ust. 1 pkt 3 lit. b ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych w zakresie, w jakim uprawniony, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, może żądać od osoby, która naruszyła te prawa, naprawienia wyrządzonej szkody poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej – w przypadku gdy naruszenie jest zawinione – trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu, jest niezgodny z Konstytucją. Ustawodawca, kierując się potrzebą ochrony twórców, wkroczył zbyt głęboko w wolność majątkową podmiotów naruszających w sposób zawiniony autorskie prawa majątkowe – stwierdził Trybunał Konstytucyjny.

Uprawnionemu, którego autorskie prawa majątkowe zostały naruszone, przysługuje na mocy art. 79 prawa autorskiego szereg roszczeń o:

  • zaniechanie naruszania;
  • usunięcia skutków naruszenia;
  • naprawienia wyrządzonej szkody:

– na zasadach ogólnych albo

– poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości odpowiadającej dwukrotności, a w przypadku gdy naruszenie jest zawinione – trzykrotności stosownego wynagrodzenia, które w chwili jego dochodzenia byłoby należne tytułem udzielenia przez uprawnionego zgody na korzystanie z utworu;

  • wydanie uzyskanych korzyści;
  • jednokrotne albo wielokrotne ogłoszenie w prasie oświadczenia lub podanie do publicznej wiadomości części albo całości orzeczenia sądu wydanego w rozpatrywanej sprawie;
  • zapłatę odpowiedniej sumy pieniężnej, nie niższej niż dwukrotna wysokość uprawdopodobnionych korzyści odniesionych przez sprawcę z dokonanego naruszenia, na rzecz Funduszu Promocji Twórczości, gdy naruszenie jest zawinione i zostało dokonane w ramach działalności gospodarczej.

Trybunał uznał, że ustawodawca, kierując się potrzebą ochrony twórców, ustalając wysokość odszkodowania na trzykrotność stosownego wynagrodzenia, wkroczył zbyt głęboko w wolność majątkową podmiotów naruszających w sposób zawiniony autorskie prawa majątkowe.

Specyfika praw autorskich (ich niepowtarzalność, dostępność dla nieograniczonego kręgu osób, zwykle także możliwość nieskończonego powielania) przekłada się na potencjalną łatwość w ich naruszaniu, a zarazem rzutuje na trudność przy wykazywaniu przesłanek odpowiedzialności odszkodowawczej. Z tego względu prawodawca jest uprawniony do konstruowania takich roszczeń odszkodowawczych, które byłyby oparte na opłatach ryczałtowych i nie wymagałyby dokładnego ustalania wysokości rzeczywistej szkody. Co więcej, ustawodawca może wprowadzić w tym zakresie rozwiązania, przy stosowaniu których wysokość roszczenia opartego na opłacie ryczałtowej będzie przewyższać wysokość poniesionej szkody.

Trybunał uznał jednak, że niedopuszczalne jest, by uprawniony z tytułu autorskich praw majątkowych uzyskiwał możliwość dochodzenia takiego roszczenia odszkodowawczego, które całkowicie odrywałoby się od wielkości poniesionej przez niego szkody i stanowiło jej wielokrotność. Wprowadzanie do roszczenia odszkodowawczego elementów ryczałtowości nie może prowadzić do całkowitego zagubienia proporcji pomiędzy wielkością poniesionej szkody a tymże odszkodowaniem. Tymczasem rozwiązanie zawarte w zaskarżonym przepisie prowadzi do takiej sytuacji. W ocenie Trybunału ustawodawca, kształtując analizowane roszczenie, zastosował wobec sprawcy deliktu zbyt dotkliwą sankcję.

Zryczałtowane odszkodowanie za zawinione naruszenie praw autorskich wynoszące trzykrotność opłaty licencyjnej stanowiło dotkliwą sankcję dla naruszycieli. Tak daleko idące uprzywilejowanie uprawnionych z praw autorskich (w porównaniu z innymi poszkodowanymi) wzbudzało zastrzeżenia, które podzielił także Trybunał. Uprawnieni z tytułu autorskich praw majątkowych w przypadku naruszeń mogą korzystać z pozostałych roszczeń z art. 79 prawa autorskiego, w tym – dochodzić naprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych.